Marzenie

 

Każde marzenie jest niczym bańka mydlana. Po powstaniu może pęknąć w każdej chwili. Zostanie po niej jedynie mokra plama, drobinki płynu unoszące się na wietrze... z marzeniem jest identycznie. Nie zawsze mimo tego jak blisko było się spełnienia marzenia, coś może pójść nie po naszej myśli. Tak było i w moim przypadku. Półfinał Ligi Mistrzów, graliśmy wtedy z klubem ze stolicy Francji. Długo pracowaliśmy całą drużyną na ten sukces i jedynie co mieliśmy w głowie to wygrana i przejście do finału. Marzyliśmy by w końcu zdobyć mistrzostwo. Jednakże w mojej głowie działo się o wiele więcej niż zwykły mecz. Tak to ważne spotkanie było dla mnie jedynie zwykłym meczem, porównywalnym do tego z rodzimej ligi. Większość myśli zajmowała moja narzeczona, była w ciąży. Strasznie długo staraliśmy się o dziecko i nareszcie udało nam się. Przed oczami wciąż mam obraz jak moja piękna przyszła z testem ciążowym i bez słów pokazała mi wynik. Chciałem wtedy oznajmić całemu światu o naszym szczęściu, co zresztą zrobiłem. Dzisiejszego dnia Sonia miała być na trybunach wraz ze swoim ojcem. Wolałem by została w domu lecz ona postawiła na swoim. Nie wiedziałem dokładnie w którym sektorze mają miejsca i dopiero w przerwie miałbym jakąś okazje się chociażby przez chwilę z nimi zobaczyć. Po usłyszeniu gwizdka zakończenia pierwszej połowy pobiegłem do szatni. Dorwałem się do telefonu, a tam parenaście nieodebranych połączeń. Wszystkie od jednej osoby... zadzwoniłem i... i telefon wypadł mi z dłoni. Przyjaciel z drużyny przez bite 10 minut próbował się dowiedzieć co się stało. „ Sonia miała wypadek, jest w szpitalu „ Odpowiedziałem i poszedłem do trenera. Po wyjaśnieniu sytuacji wypuścił mnie do szpitala, nie jechałem sam... pojechałem z jednym z rezerwowych nawet się nie przebierając. Nie było na to czasu. Sam nie byłem wstanie prowadzić samochodu... w szpitalu dorwałem się do recepcji. Dowiedziałem się gdzie mam iść, przyjaciela z drużyny odesłałem. Nie był teraz potrzebny. Szybko znalazłem się pod salą operacyjną, lekarz, który miał zająć się operacją mojej narzeczonej stanął przede mną. „ Dziękuje za tak szybkie przybycie. Z racji tego, że rodzice pacjentki nie są w stanie fizycznym dokonać decyzji musi pan wybrać.” Usłyszałem w pierwszej kolejności. Ze strachem w oczach patrzyłem na niego, spodziewałem się wszystkiego poza jednym... „ Możemy uratować tylko jedno z nich. Mamy ratować matkę czy dziecko ? „. Świat runął... wszystko runęło. Wybrałem Sonie wiedząc jak będzie cierpiała, jak oboje będziemy cierpieć. Nie wiem jak to teraz będzie, co stanie się z naszym życiem... usiadłem na krzesełku i po chwili do mnie doszło... straciliśmy dziecko, małe bezbronne dziecko. Nasz mały cud... popłakałem się. Kto by się w takiej chwili nie popłakał ? Kiedy było po operacji i Sonia odzyskała przytomność musiałem jej powiedzieć, lekarz proponował by zrobił to on. Ale to moja narzeczona, moja decyzja. Sam musiałem jej powiedzieć, ująłem delikatnie jej dłoń. „ Co z dzieckiem ? „ Dobiegło do moich uszu. Podniosłem wyżej głowę patrząc w oczy dziewczyny. „ Nie żyje, mogła przeżyć jedynie jedna osoba.”. Odpowiedziałem. To jak Sonia się rozpłakała... bez wątpienia będę pamiętał aż po grób. Przytuliłem ją w miarę możliwości, próbowałem uspokoić. Wyjaśniłem jej całą sytuacje. Będzie teraz ciężko. Tego byłem pewny.

Dopiero po paru miesiącach podnieśliśmy się z utraconej straty. O dziecku mogliśmy zapomnieć na jeszcze jakiś czas. Nie z powodu pamięci o pierwszym, o nie... Sonia była zbyt słaba by donieść kolejną ciążę, mogłaby stracić kolejne dziecko. A na to nie mogliśmy sobie pozwolić. Postanowiliśmy poczekać aż do momentu całkowitego dojścia do zdrowia. Ślub również odłożyliśmy w czasie. Jej rodzice... głównie ojciec pomagał nam, wspierał. O matce nie mam co mówić. Miała delikatnie mówiąc wyjebane. Co idealnie łączyło się z tym iż ona nigdy nie chciała dzieci, a Sonia była jedynie wypadkiem. Za to ojczulek nie widział świata poza nią. Nie rozumiem jak można nie chcieć dziecka. Chyba przez to iż straciliśmy nasze własne miałem zupełnie inne podejście do tego.

Co do meczu... wygraliśmy, wygraliśmy całą Ligę Mistrzów. Ale co z tego ? Nie było powodu do cieszenia się... jedno marzenie roztrzaskało się jak ten wypadkowy samochód. Wszystkiemu winny był pijany kierowca, jemu nic się nie stało. Nie miał najmniejszego zadrapania.

Świat jest niesprawiedliwy nieprawdaż ?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

I. Jeden telefon

Głupiec