Myśliwy

Jestem Twoim cieniem...
Chodze za Tobą krok w krok...
Kiedy Ty nabierasz powietrza...
Kiedy Twoje serce zaczyna bić mocniej...
Kiedy myślisz, że jesteś całkowicie sama...
Kiedy pozwalasz sobie na zamkniecie oczu...
Kiedy masz pewność że nic Ci nie grozi...
Wyjawia się myśliwy.
Zostałaś moją ofiara...
Zostałaś moim celem...
Moją obsesją...
Niczego innego nie pragnę tak jak Twojej śmierci...
Krwi spływającej po stali...
Jedno Twoje słowo spowodowało u mnie szał...
Niegdyś mi bliska...
Niegdyś ochroniłbym Cie własną piersią...
    Niegdyś nie dałbym powiedzieć na Ciebie                             żadnego złego słowa...

Zacumowaliśmy przy małym porcie Genessee. Załoga chcąc zaczerpnąć lądu wyruszyła na poszukiwanie oczywiście jedynego zacnego miejsca w ich oczach. Tawerny. Jakie ich zdumienie musiało być ogromne kiedy dowiedzieli się iż jest tu jedynie kolonia Francuska. Chcąc nie chcąc chłopcy na czele z Pierwszym Oficerem poszli ich okraść oraz za pewne skorzystać z obecności dziewcząt. Francuzi byli znali z zaciągania panienek wszędzie. Ja miałem zupełnie inny cel podróży. Kiedy wszyscy zeszli na ląd ja skierowałem swe kroki do kajuty. Tam podchodząc do stołu rozłożyłem mapę oraz parę kartek. Namierzyłem swój cel. Zajęło mi to dość sporo zważywszy na fakt iż Haytham próbował kontrolować każdy mój krok. Nie może wiedzieć o wszystkim... westchnąłem cicho. Dawno mnie tu nie było... zupełnie zapomniałem... działo się tu wiele...

Nasunąłem maseczkę na twarz schodząc na ląd, śnieg zaskrzypiał mi od razu pod stopami. Nie będzie wcale ułatwieniem. Mrużąc oczy przedostawałem się wgląd lądu. Poprawszy rękawice na rękach zacząłem się wspinać na skalną półkę. Moim celem był najwyżej położony punkt w porcie. Maszerowałem wzdłuż linii wyznaczonej przez ośnieżony szlak. Co jakiś czas przecierałem odkrytą część twarzy. Śnieg niefortunnie rozstapiał się pod wpływem ciepłą ciała. Sprawdziłem działanie ukrytego ostrza na przebiegającym zającu. W innych okolicznościach nawet bym nie zwrócił na niego uwagi. Zatrzymałem się przed wejściem do dość sporego budynku, te francuskie ścierwa nawet nie byłi świadomi jaki skarb mają pod nosem. Zatrzymałem na dłużej powietrze w płucach. Liam... Hope... na pewno mieliście w pamięci nasze treningi tutaj. To jak świetnie baliśmy się w chowanego... jak dobrze było naszej trójce. Kiedy to zeszło w złym kierunku? Kiedy do jasnej cholery wszystko runeło?

Chwyciłem za klamkę i pociągnąłem ją do siebie, drzwi były o dziwo otwarte. Rozejrzałem się uważnie. Cisza... głucha cisza... robiąc kolejne kroki do przodu... coraz więcej rzeczy przychodziło mi do głowy. Nie mogłem wymazać niektórych obrazów... szczególnie jednego... wskoczyłem na górne piętro. Moje kroki były bardziej przemyślane, tropiłem zwierzynę. Tym razem nie może mi uciec... w jednym z większych pokoi słyszałem głosy. Nie byłą sama? Jeszcze lepiej... schowałem się w szafie, Achilles wyłonił się tusz pózniej po tym jak zniknąłem z pola widzenia. Miałem go na tacy, mogłem siegnąć po broń i go przebić... ale nie... moja dzisiejsza misja była inna. Były mentor zszedł na dół, a ja? Czekałem... oczekiwałem odpowiedniego momentu. Uśmiech nasunął mi się na twarz, nie myliłem się... piękna brązowowłosa kobieta opuściła swoje gniazdko. Wsłuchałem się w jej kroki. Stukot butów sugerował opuszczenie piętra. Wyszedłem z kryjówki, po małych przemyśleniach skoczyłem. Prosto na nią. Dziewczyna upadła, a ja momentalnie zablokowałem jej nogi, wolną ręką trzymałem obydwie dłonie powyżej głowy. Patrzyłem ofiarze prosto w oczy.

  • Morrigan... - szepnąłem, byłem z siebie dumny.
  • Wyjątkowo długo kazałeś mi czekać – odparła bez cienia strachu, nie wyrywała się, nie planowała ucieczki – Shay.
  • Nie chciałaś być znaleziona. Byłaś jak ta wolna ptaszyna – oddychałem spokojnie, miałem tylko jeden cel przed sobą.
  • Której ukrócisz życie. Skrzydła już dawno podciąłeś. Hope jako jedyna nie dawała się Twoim wpływom. Była wręcz na Ciebie odporna... cierpisz. Twoje sumienie nie odpocznie, nie zaznasz nigdy spokoju. Oczy zdradzają więcej niż Ci się zdaje. Cierpienie doprowadzi do Twojej śmierci.

Milczałem, ona zawsze umiała manipulować. Umiała przeciągnąć wszystkich na swoją stronę. Jej słowa trafiały do mnie lecz odbijały się niczym statek o górę lodową. W co ona pogrywa? I tak jest na przegranej pozycji. Hope mnie wykorzystała, a Liam? On... on zdradził mnie najbardziej z nich wszystkich. Siegałem do kieszeni z nożem, odbiorę jej życie.

  • Nie płacz Shay – przerwała cisze.

Co? Przecież ja nie płacze... nie mam po czym. Instynktownie chciałem sprawdzić czy mówi prawdę. Kobieta mając wolne dłonie nawet nie drgnęła. Wyciąneła dłoń aby położyć ją na policzku. Otarła niewielkie powstałe krople po zsunięciu chusty.

  • Shay jestem tu z Tobą... - szeptała – Nie musisz o nic więcej się bać... jestem z Tobą tak jak zawsze. Mój kochany...

Nie rozumiałem, nie mogłem zrozumieć jej zachowania. Serce znów zabiło mi mocniej, przeklęte uczucia do niej... do jedynej dziewczyny którą dażyłem większym uczuciem... Hope nigdy nie była dla mnie tak bliska jak ona.

  • Będziemy ze sobą już na zawsze. Żadne z nas nie odejdzie... moim małym światem byłeś Ty.

Przyciągnęła mnie bliżej siebie, nasze wargi złączyły się w dość niewinnym pocałunku. Nie czułem dawno takiego spokoju jak w tej chwili. Straciłem kontrole nad sobą. Nad swoimi myślami. Poczułem ból, rozrywający ból w lewym boku. Odrzuciła mnie, ledwie zorientowałem się iż ta suka przebiła mnie nożem. Chwyciłem za pistolet i kiedy planowała uciec przeszczeliłem jej kolano. Ostatni raz zaigrała ze mną. Spojrzałem na ranę, krwawiła... jednak nie była na tyle poważna bym nie mógł dokończyć sprawy. Podniosłem się po czym podniosłem i ją. Takiej chęci mordu jak teraz... nie miałem nigdy.

  • To był Twój błąd – rzekłem obojętnym tonem głosu, uderzyłem ją w brzuch, a jak upadła na kolana chwyciłem za włosy i odchyliłem do tyłu – To był Twój największy błąd.

Siegnąłem po miecz. Ona była zbyt pewna siebie. Pierwszy i ostatni raz opuściłem gardę. Takie hieny jak ona tylko na to czekają. Teraz miałem pewność, oni wszyscy mieli mnie za zdracje, a co za tym idzie. Żadnej litości...

  • Shay, nigdy się nie zmienisz – mimo bólu uśmiechała się – Nigdy nie umiałeś dostrzec czegoś więcej niż chęci zemsty. Jak coś idzie nie po Twojej myśli wpadasz w szał. Za to Cie kochałam... mało powiedziane – urwała – Dalej kocham...
  • Zamknij się – poprawiłem ułożenie miecza w dłoni – Ty i Achilles jesteście siebie warci. Podążacie nie tą ścieżką, skazujecie na śmierć tysiące ludzi.
  • Kiedyś zrozumiesz swój bład. Ale nas już nie będzie, nikogo na kim Ci zależało, Twojej rodziny. Twoich jedynych promyków – zerknęła w bok – Umrzesz nie zaznawszy spokoju...
  • Nastała Twoja ostatnia droga...

Zamachnąłem się aby ją przeciąć. Do moich uszu doszły jej ostatnie słowa. „ Będziemy ze sobą już na zawsze”. Nie zatrzymałem się, przebiłem serce kobiety jednym płynnym ruchem. Wysunąłem broń, patrzyłem jak upada.

  • Jedyna która była w stanie wydobyć ze mnie coś więcej prócz nienawiści odeszła...

Powiedziałem do siebie, miałem już wychodzić lecz usłyszałem pisk. Normalnie bym się tym nie przejął ale tym razem było inaczej... trzymając się za krawiący bok dotarłem do zródła pisku. Maleńka włochata kulka piszczałą w kącie. Uniosłem ją za skórę, żółte ślepka błagalnie wpatrywały się we mnie.

  • Nie bój się.

Zabrałem malucha pod szatę aby nie zmarło. Zwierze nie jest niczemu winne. Spojrzałem za siebie, cholerny Achilles... widziałem jego osobę w drzwiach. Powstały ogień z jego ręki odciął mi drogę ucieczki. Chciał wykorzystać szczeniaka jako przynęte... ledwo udało mi się dostać na gorę, psiak piszczał, ja krwawiłem. Wyskoczyłem oknem lądując na plecy aby nic mu się nie stało. Leżąc zastanawiałem się czy będzie to mój koniec. Jednakże ta mała istota nie dawała zamknąć mi oczu. Nie mogłem umrzeć za nim świat nie został wolny od nich. Od rodzinny która wbiła mi tak wiele kolców w serce. Dzisiejsze wydarzenie nauczyło mnie jednego.

Każdy chce Twojej śmierci..

Po dłuższym czasie dostałem się na statek. Wszyscy już tam byli, Gits podbiegł do mnie w celu udzielenia pomocy jednakże ja wypaliłem ranę. Trzymałem mocno szczeniaka wtulonego we własną pierś. Widziałem jego minę, nikt nic nie rozumiał.

  • Poznajcie Kropkę. Moją nową rodzinę...

~

Po paru dniach zrozumiałem jaka jest moja natura. Po analizie wydarzeń z portu. Uciekania od odpowiedzi co tam tak naprawdę się wydarzyło. Zrozumiałem... Co powinno być moim celem, moim życiem.

Nazywam się Shay Patrick Cormac. Stąpam niczym cień za asasynami. Zostałem ich prześladowcą. Nie spocznę dopóki blędy z przeszłości nie zostaną naprawione, dopóki ostatni nie odejdzie z tego świata. Jestem myśliwym.

I jeszcze nie powiedziałem swojego ostatniego słowa...

Niech prowadzi Nas ojciec zrozumienia.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marzenie

I. Jeden telefon

Głupiec