Ten dzień

 

Londyn stał się spokojnym miastem. Ostatnie ślady po działalności templariuszy zostały usunięte. Mieszkańcy mogli się cieszyć swoim życiem jak nigdy dotąd. Dla mnie ten dzisiejszy dzień był szczególny, pierwszy dzień bez mojej siostry. Wyjechała, tak jak się spodziewałem. Greenie zawrócił jej w głowie. Od teraz jestem skazany na siebie, duet Frye został zawieszony. Być może kiedyś...


Podniosłem się do siadu, ile mogę leżeć na jeżdżącym pociągu? Muszę coś zrobić ze swoim życiem żeby zaraz nie narzekać na starość i ile rzeczy mogłem zrobić, a tego nie uczyniłem. Dojeżdżaliśmy do stacji. Z uśmiechem na twarzy stanąłem na nogi po czym przeskoczyłem na ziemie za nim pojazd zechciał się zatrzymać. Pierwsze co muszę zrobić... właśnie! Wyjąłem zegarek z kieszeni i spojrzałem na godzine.


  • Cholera...


Powiedziałem dość głośno, ludzie niedaleko mnie dziwnie się patrzyli. Trudno! Byłem spóźniony... to wina pociągu, za wolno jechał i dlatego się spóźniłem. Bez większej analizy ruszyłem biegiem. Jak ja mogłem sobie na to pozwolić?! Gdybym sam nie ustalał godziny to by mnie mało obeszło. Jednak sam powiedziałem kiedy i gdzie się stawie. Może by tak zagarnąć powóz... nie. Patrząc na ilość ich na drodze byłbym jeszcze bardziej spóźniony. Wdrapałem się na dach. Tak będzie najszybciej... Oby mi tylko łba nie chcieli urwać za to. Ja nic złego nie zrobiłem. Zagapiłem się. Rzecz ludzka.


Po upływie paru minut, zeskoczyłem z budynku. Ogarnąłem płaszcz, cylinder i podszedłem do mężczyzny, po jego minie mogłem szykować się tylko na jedno. Ja za to uzbrajając się w uśmiech byłem dobrej myśli.


  • Fredy! - przywitałem go z szeroko otwartymi ramionami – Jak dobrze Cie widzieć całego i zdrowego.

  • Jacob... - wskazał na zegarek – Masz godzinę spóźnienia. Myślisz, że co? Czas wygrałem na loterii?

  • Zagapiłem się... wiesz zdarza się każdemu – jeszcze bardziej się spóźniłem niż myślałem... trudno.

  • Jacob! To nie moja sprawa tylko Twoja. Równie dobrze mogłem się nie zgadzać i byś musiał sam o to zadbać.

  • Oj Fredy... - objąłem go ramieniem – Odmówiłbyś mi?

  • Tak – wyrwał się od niego i zrobił parę kroków do przodu – Idziesz? Więcej czasu nie mam zamiaru dla Ciebie przeznaczyć.

  • Idę, idę...


Wyjątkowo mu się humor nie udzielił. Może dzień w pracy tragiczny czy coś. Szybko zrównałem z nim krok. Weszliśmy do budynku, pokonaliśmy schody. Weszliśmy przez drzwi do pomieszczenia. Rozejrzałem się na szybko.


  • Twoje mieszkanie – rzucił Fredy odkładając kluczę na szafkę – Innego na chwile obecną nie mogłem Ci załatwić.

  • Nie szkodzi, mi pasuje – gdzieś musiałem spać, kryjówka w pociągu zdała swój egzamin. Teraz mogła odejść na spoczynek – Łóżko jest. Więcej nie potrzebuje – poszerzyłem swój uśmiech.

  • Jak się trzymasz? - to był jego przyjaciel, nieważne jak będzie wkurzony i tak gdzieś wgłębi siebie będzie myślał czy wszystko u niego w porządku.

  • Jest świetnie – na co te pytanie? Gdyby było inaczej byłoby po mnie cokolwiek widać. A tego nie widać.

  • Nie oszukuj sam siebie – dodał i wycofał się do wyjścia – Dalej sobie poradzisz. Do zobaczenia – i wyszedł.


O co mu chodziło? Jest dobrze, radzę sobie z tą nową sytuacją bardzo dobrze. Ułożyłem się na łóżku. Moje mieszkanko, nareszcie nic nie hałasuje, nie ma ryzyka wykolejenia, zatrzymania się nagle, wykrycia. Mogłem być tu sam ze sobą. W swoim kącie.


Właśnie...


Sam...


Może i moje drogi z Evie niekiedy się rozchodziły, mieliśmy wiele odmiennych zdań, podejść do życia. A jednak mimo to zawsze byliśmy razem... dzielimy ze sobą wspomnienia, większość marzeń. Kiedy jedno płakało drugie pocieszało i na odwrót. Jednak rozumiem jej indywidualne marzenia. Zakochała się, wyjechała. Ma swoje życie i nigdzie tam nie było napisane iż mam być przy niej cały czas. Ja sobie poradzę, będę żył swoim życiem. Może ją odwiedzę jednego razu? Poza tym Londyn potrzebuje ochrony, jestem Asasynem, walczyłem o to miasto i dopóki nie umrę na mojej warcie nic się tutaj nie zdarzy. Jestem Jacob Frye, głowa The Rooks, przyszły mistrz Bractwa... Zaraz mam tytuł szlachetki! Oprócz Bractwu służę również Królowej. Wielka Brytania mnie potrzebuje.


A Ty droga siostro... mam nadzieje, że u Ciebie wszystko w porządku. Niech Twoje życie będzie takie jakie sobie wymarzyłaś. Zawsze chciałem Twojego szczęścia. Ciesze się z niego. I to powoduje iż sam jestem szczęśliwy. I wiesz co? Będę wspaniałym mistrzem, będę wzorem do naśladowania. Przyszli Asasyni wyszkoleni spod mojej ręki będą wyznawać te same wartości... w sumie o czym ja gadam. Ja się nigdy nie zmienie. Życie to jedna wielka zabawa! Nie mogę być zbyt poważny...


Zaśmiałem się pod nosem. Tak... jestem tym mniej ogarniętym blizniakiem. Jednak w naszym duecie to Evie była odpowiedzialna za plany. Ja byłem jak ten żywioł. I dalej jestem. Wiele jej zawdzięczam lecz teraz pora stanąć na nogi. Jestem sam. Choć... duet Frye nigdy nie zaginie.


  • Kocham Cię Evie... wredna siostrzyczko.


Uśmiechnąłem się po czym zamknąłem oczy. Jak mogę najlepiej wykorzystać łóżko jak nie snem? Na kobiety jeszcze przyjdzie czas.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marzenie

I. Jeden telefon

Głupiec