Wojna

 W zasadzie mam tylko jeden cel. W moim życiu nie ma nic więcej niż ten jedyny cel. Ochrona bractwa? A kogo one obchodzi? Jestem samotnikiem. Jak ten wilk w lesie. Biegając między drzewami. W tą mroźną noc. Wiem czego chce. Narzucając kaptur na głowę. Nie czuje powiązania z moimi braćmi. To już dawno wygasło. Znaczek Asasyna na szacie zastąpiłem czymś bardziej odpowiednik dla mnie. Przysięgałem wierność jednej jednostce. Schutzstaffel.

Krocząc w ciemności sięgnąłem do kieszeni. Miałem pistolet z czterema nabojami. W zupełności wystarczy. Wdrapałem się na drzewo. Mój cel... mały ośnieżony domek jest przede mną. Przez okno było widać zaledwie małe światełko. Gdyby oni wiedzieli... Kiedy wyszła pierwsza ofiara. Bez wahania oddałem strzał. - Jeszcze trzy... Zeskoczyłem na ziemię lądując na dwóch nogach. Nie miałem co się ukrywać. Po co? Osiągnę to czego chce. Kolejne kroki zrobiłem w kierunku domu. Nikt się nie zainteresował? Nie o to mi chodziło... Byłem zawiedziony. Boją się? Boją się, że przyszła śmierć? Zabawne. Wszedłem do środka. Moim oczom ukazała się kolejna osoba. Wydawała się być zdziwiona moją osobom. - Zapomniałem zapukac. Oddałem strzał w głowę. - Jeszcze dwa... Uśmiech był większy. Mimo iż nikt nie chciał tutaj przyjść. Zasadzka? Jeszcze lepiej. Zabrałem ciało ze sobą. Ciągnąłem je za sobą do dużego pokoju. - Nie chcecie mnie przywitać? Zapytałem ludzi stojących przede mną. Moje dawne bractwo... - Nie chcecie mieć ze mną nic wspólnego? Byłem smutny. Podniosłem ciało wyżej. Ostrzem naciąłem brzuch. Zawartość żołądka wyleciała na podłogę. Kontynuowałem. Dopóki jelita nie widziały światła dziennego. - Zapraszam. Odrzuciłem je od siebie. Trzech ludzi stało w szoku. Dalej mi nie chodziło o to. - Jesteście nudni. Zabiłem dwóch korzystający z ostatnich naboi po czym i również pistolet odrzuciłem. Na co mi? - Jesteś ostatni mistrzu... W oczach miałem chęć mordu. Chęć zemsty. To przez nich stało się to wszystko. Udałem się do niego. Był tak sparaliżowany strachem, że nawet palcem nie kiwną. Podleciałem do niego. Byłem strasznie zawiedziony ich postawą. - Ty będziesz żył... Dopóki Ci pozwole... Podciąłem mu nogi. Gdy upadł ukucną i zranił jego kolana. - Będziesz żył według moich zasad... Podniosłem się. Moja praca na dziś skończona. Wyszedłem z domku uprzednio odwiedzając garaż. Miałem to czego chciałem. Kanister rozlałem po wejściu przed domek. Rzuciłem również zabraną świeczkę. - Płoń śmieciu. Oddalilem się. Będąc ponownie na drzewie obserwowałem moje dzieło. - Na dziś koniec.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marzenie

I. Jeden telefon

Głupiec