M. Rozdział I Kartki z pamiętnika
"Mówią, że czas leczy rany, ale to nie oznacza, że znika przyczyna smutku. A u mnie rana jest codziennie świeższa."
- Cassandra Clare – Mechaniczny książę
~ Rose
Stoję przed wielkim oknem z widokiem na miasto. Obserwuje ludzi, samochody. Dokąd oni tak się spieszą? Z mojej wysokości wyglądają jak małe mróweczki, ciągle w ruchu, ciągle nie mogąc się zatrzymać. Życie ucieka im przez palce, a oni nawet tego nie zauważają. Otuliłam się mocniej bluzą, było ciepło... nie mi... ledwo uszłam z życiem po ostatniej akcji. Ostatnie co pamiętam to odchodzący długowłosy mężczyzna. Był żywą legendą i od tego momentu moim celem głównym. Nie chciałam go zabić ani złapać. Chciałam się dowiedzieć kim jest. Gdyby nie moje doświadczeni zginęłabym. Leżałam zakrwawiona udając martwą po jego strzale. Żadnemu z grupy nie przyznałam się kogo widziałam. Z kim miałam do czynienia i dlaczego wróciłam w takim a nie innym stanie z obarczonym sumieniem. Zawaliłam misje, mnóstwo ludzi utraciło swoje życie. Wróciłam z podkulonym ogonem i nie zbliżyłam się do szefa od tej chwili. Przyznałam się na piśmie, nie prosto w oczy.
Moje zamyślenia skończyły się na pukaniu do drzwi. Niechętnie odwróciłam głowę w ich kierunku. Otworzyły się chwile pózniej. Na moja twarz od razu wkradł się uśmiech. Udawałam? A któż to może wiedzieć? Mogłam udawać... całe życie udaje.
- Rose obiecałaś mi coś – Clint wsunął się do pokoju dziewczyny.
- Oh puzzle są takie niecierpliwe? - zaśmiałam się pod nosem – Miałeś mi dać znać gdy wybierzesz wzór. Czekałam tutaj na Ciebie.
- Nie gadajmy tyle tylko choć – odwrócił się do wyjścia – Mamy jedyny wolny wieczór w tym tygodniu.
- I spędzimy go na układaniu puzzli. Nie ma sprawy – lubiłam spędzać z nim czas, jako jeden z nielicznych milczał odnośnie misji – Dasz mi gorącej herbatki i mogę z Tobą układać co tylko chcesz.
- Ostatnio chciałaś czekoladę w zamian za puzzle. Teraz herbata... co będzie następne? - zniecierpliwiony pociągnął ją do wyjścia – Albo może nie chce wiedzieć...
- Twoje towarzystwo – dałam się pociągnąć, niech się z czegoś nasz Sokolik pocieszy.
Odwrócił się do mnie i uśmiechnął nic nie odpowiadając. Zrozumiałam jego intencję. Może nie znaliśmy się wcale za długo lecz mi się wydawało jakbym znała go całe życie. Mieliśmy podobne charaktery? Nie... wręcz przeciwnie. Różniliśmy się bardzo od siebie. Natasha wiele razy mi mówiła abym uważała na niego. Nigdy nie wiadomo co mu do głowy wpadnie. A ja się tam nie bałam, kochałam wyzwania.
- Clint dasz mi chwilę? - zapytałam nieco poważniej – Skoczę tylko do łazienki i jestem z powrotem. W jadalni układamy tak?
- Nie uciekaj mi na długo. Puzzle nie wybaczą – pomachał jej i dalszą drogę pokonał sam.
Skłamałam... wróciłam do swojego pokoju i usiadłam na łóżku. Moje myśli krążyły wokół tego wydarzenia. Kim był mężczyzna, dlaczego był taki bezwzględny? Żadnego słowa od niego nie usłyszałam, milczał jak grób szczelając z coraz gorszych typów broni. Gdy tylko skończy mi się zdrowotne wyruszam na poszukiwanie go. Być może pociągne kogoś ze sobą albo wyruszę sama. Szefowi coś powiem. Może prawdę, może znów coś zmyśle.
Podniosłam się z łóżka, agent Barton nie może czekać w nieskończoność i tak się już na mnie naczekał. Zdjęłam bluzę i rzuciłam ją na krzesło, wole unikać pytań dlaczego w niej chodzę mimo iż ogrzewanie daje popalić.
Mi było po prostu zimno...
Bardzo ale to bardzo zimno...
~ Lisa
Nie no znów byłam między młotem, a kowadłem. Z jednej strony Wanda z drugiej Natasha. Obie podkochiwały się w tym samym chłopcu. W dodatku moim bliskim znajomym i co? Miałam jednej pomóc by drugiej zaszkodzić i na odwrót. Obie lubiłam, obie były moimi przyjaciołkami. Na Rose albo Victorie nie miałam co liczyć. One to już w ogóle odeszły dawno temu w inną część. Nasz babiniec zamiast się trzymać wziąl się rozwiązał i solidarność Panów zyskiwała z każdym dniem. W dodatku próbowali przeniknąć w nasze szeregi! Oni bez wątpienia coś kombinują. Coś przez wielkie C. Owszem sama rozmawiałam z nimi często jednakże jakoś tak nie przykładałam wagi do tego... albo się odezwali albo nie.
Przechodziłam niedaleko salonu, męska część siedziała przed telewizorem. Miałam mieć na nich oko. Takie tóż to rozkazy z góry. Dopilnuj aby Stark i Rogers się nie pozabijali przy wspólnym mieszkaniu. Chcąc nie chcąc usiadłam między nimi i spojrzałam na telewizor. Męcz... jakoś mnie to nie dziwi.
- Chłopaki może porobimy coś innego? - zapytałam czysto dyplomatycznie – Cokolwiek poróbmy byle nie oglądać telewizji.
- Zabierz żołnierzyka na spacer. Sam by się zgubił – odpowiedział z rozbawieniem Tony – Mogę Wam brykę odpalić. Znacznie lepszą od tego zabytku stojącego niedaleko.
- Mieliście się nie kłócić – samej mi nie szło z nimi, dziewczyny nie pomogą... wkopałam się niezle – Możecie chociaż raz normalnie ze sobą rozmawiać bez docinek? Mecz jakoś oglądaliście spokojnie.
- Bawił się telefonem cały ten czas – zarzucił Kapitan – Ja oglądałem, on najwidoczniej pracował – powstał z kanapy – Widział ktoś Thora?
- Zajmuje się Victorią. Podobno przeszła ciężke chwile w Asgardzie i bez kogoś stamtąd sobie nie poradzi – przyszła do nad w nieciekawym stanie, psychicznym jak i fizycznym. Była księżniczką jednego z tych ich światów. Podczas odwiedzin spotkało ją coś strasznego o czym zbytnio nie chciała nam mówić.
- Blond młot wyrywa laskę – zaśmiał się – I to się chwali. Bardzo chwali. Odczepi się od swojego młota.
- Spadam stąd – dodał Steven i ruszał do wyjścia.
Za każdym razem tak to się kończyło. Oni za sobą nie przepadali. Fury chciał w zgodę w zespole której nie mam jak zaprowadzić. Wanda i Natasha się kłócą, Steven i Tony praktycznie robią to samo. Doktor Baner zaginął w akcji po oszalałym napacie Hulka, którego swoją drogą nie widziałam. Thor zajmował się Victorią. Sam co jakiś czas do nas wpadał ale nie na długo. A Clint próbował wyciągać Rose z dołka... Vision niezbyt pomagał swoją inteligencją i byciem zazdrosnym. Jejku miałam problemy.
- Tony porozmawiaj z nim kiedyś od serca. Wiem kim jest i kogo takiego znał. Spróbowałbyś postawić się na jego miejscu – westchnęłam z rezygnacją – Nic wielkiego się nie stanie po jednej rozmowie... korona Ci z głowy nie spadnie.
- Sama z nim rozmawiaj, a nie stój. Już to robisz – wyciągnął swój telefon – Nie będę rozmawiał z kimś kto nie ma na to ochoty. On albo się nie odzywa albo próbuje zrozumieć co do niego mówie.
- Albo broni się przed Twoimi docinkami – w kółko slyszałam to samo – Mógłbyś się z nim polubić...
- Wykluczone lecz jakbyś chciała kiedyś wyskoczyć na miasto jestem jak najbardziej za tym pomysłem.
- Zobaczymy – kolejne podrywy... do niego jak do ściany. Nawet jeszcze gorzej.

Komentarze
Prześlij komentarz