Ognisko cześć 2

 

Tak naprawdę się okazało, że ojciec nie chciał od nas nic szczególnego. Być może zawołał nas abyśmy nie spędzali razem tyle czasu i nie kluli przeciwko niemu. Connora wysłał na polowanie. Z kolei ja miałam zająć się treningiem. Pokonałam go, a on dalej twierdził swoje. Jestem za mało doświadczona i za mało umiem. Muszę się cały czas doskonalić. Od małego nie zmienił swojej gadki w kierunku mojej osoby. Kiedyś go jeszcze bardziej zaskoczę, póki co niech żyje w swoim świecie zamkniętym pod tym jego kapelusikiem.


Wieczorem spotkaliśmy się wszyscy przy ognisku, kolejna jedna wielka niewiadoma. Dlaczego ojciec kazał nam rozbijać obozowisko zamiast ruszyć do miasta, bał się? Wstydził? Ma dwójkę dzieci i powinien być z nas dumny. Siedziałam obok brata, tym razem nieświadomie. Od momentu naszego spotkania siedzieliśmy cicho. Brak tematów do poruszenia. Patrzyłam się w sam środek ognia, języki ogniowe miały więcej uciechy z wieczoru od nas. Do czego to doszło.


  • Spodziewamy się gościa za jakiś czas – zaczął Haytham – Mam ogromną nadzieje... byście się zachowywali odpowiednio.

  • Chcesz przyjmować gościa w obozie? - nie mieściło mi się to w głowie, ale niech mu będzie.

  • Ojciec nie chce zamieszania za pewne – Connor wiedział swoje, czy słusznie, to już inna bajka.

  • Wyruszymy do miasta i tam się z nim spotkamy – podniósł się z miejsca – Jutro rano zabieramy się stąd


Pokiwaliśmy tylko głowami na znak rozumienia jego słów. Taka jego wola, ostatnio z bratem zgadzaliśmy się na wszystko aby uśpić jego czujność. I znów to nie był brak zaufania. Byliśmy ostrożni, a to zaufanie gdzieś rosło i malało.


  • Dobrej nocy dzieci – dodał i udał się na spoczynek.

  • Śpij dobrze tato – z dnia na dzień opuszczał nas coraz szybciej, latka lecą tatusiowi, coraz mniej sił posiadał – Nim... jakiś kolejny generał za pewne płynie nam na spotkanie.

  • Może chce wydać Ciebie za niego – wzruszył ramionami – Byłby na lepszej pozycji niż jest teraz w jego mniemaniu.

  • Nawet tak nie mów Connor, nie śpieszno mi do łoża męża. Nie chce jeszcze wychodzić za mąż – pokręciłam głową na boki – Żadne małżeństwo mu nie pomoże i nie wzmocni jego pozycji.

  • On może myśleć inaczej – objął ją ramieniem – Dasz mi znać to go zabije pod odsłoną nocy za nim do ślubu dojdzie.

  • Przestań zakładać ślub – w geście obrazy się do niego nie przytuliłam – Kto wie... może generał przypłynie ze swoją córką bądź siostrą...

  • I kto tutaj ślub zakłada? - zerknął przed siebie – Mnie nie pociągnie, nie będzie miał z tego korzyści. Więcej będzie z Twojego małżeństwa.

  • Bierzesz córkę, ja ojca i wszystko zostaje w rodzinie – zaśmiałam się, nie chciałam by tak było rzecz jasna – Oby pozwolił nam wybierać swoją ścieżkę miłości i do niczego nie zmuszał...

  • Własna wola przy Panie Kenway? Za wysoko mierzysz siostrzyczko.

  • Też nosimy to samo nazwisko – uśmiechnęłam się – Mamy tą samą władzę co on. Teoretycznie.

  • Tu jest potrzeba praktyka, nie teoria – puścił ją zauważając iż ona być może nie chce siedzieć tak blisko niego.

  • Praktyka dojdzie z czasem – wstałam po czym się przeciągnęłam – Chodźmy spać, skoro mamy rano wyruszać.

  • Posiedzę jeszcze chwilę – odpowiedział od razu gdy ona skończyła mówić.

  • W takim razie miłego posiadunku. Do jutra – nie czekając na odpowiedz poszłam się położyć.

Przechodząc obok miejsca ojca zmartwiłam się gdy go tam nie ujrzałam. Biedaczek nie mógł spać, podchodząc bliżej dojrzałam go przy drzewie. Opierał się dłonią o korę, kaszlał próbując zasłonić twarz chusteczką. Podeszłam do niego z większym zmartwieniem w serduszku.


  • Tato? - zapytałam kładąc dłoń na jego plecach – Wszystko w porządku?

  • Tak córko – wyprostował się od razu na słowa dziewczyny – Coś musiało mi stanąć w gardle.

  • Doprawdy... - wzięłam i wyrwałam mu chusteczkę z ręki, ślady krwi – Tato...

  • Zapomnij o tym co widziałaś – zabrał co jego – Nic takiego się nie dzieje, skup się na sobie i swojej przyszłości.

  • Jesteś chory? - mam w dupie jego słowa, muszę wiedzieć – Tylko mnie nie okłamuj. Widzę co się z Tobą dzieje.

  • Skończ te domysły Sally – wepchnął przedmiot sporu do kieszeni – Twój brat ma na Ciebie zły wpływ.

  • On tu teraz nie ma nic do rzeczy! - szarpnęłam go za rękę – Idziemy spać. Rano już się od odpowiedzi nie wywiniesz tak łatwo.

  • Od kiedy Ty mi rozkazujesz? - tu się już zdziwił odrobinę.

  • Od teraz, kiedy z bratem jesteśmy w większości. Mamy przewagę liczebną i będę Ci to za każdym razem przypominać.


Ułożyłam go do spania, przykryłam kocem i coś we mnie pękło w tym momencie. Od małego miałam tylko ojca, nikogo więcej. Posiadanie brata daje dodatkowe pozytywy lecz... miałam ojca zawsze po swojej stronie. Położyłam się obok i przytuliłam bardzo mocno. Nie dałabym rady zadać mu śmiertelnego ciosu.


  • Nie możesz mnie tato zostawić... - szepnęłam – Zakazuje Ci tego...

  • Nie zostawię Cie samej... nie przejmuj się tym co widziałaś.

  • Wiem swoje – bałam się, grozić śmiercią mogłam mu co chwile, gdy dochodziło co do czego wpadałam w paniczny strach, nie mogłam go stracić. To jeszcze nie ta chwila.

  • Jesteś tak samo uparta jak matka – rzucił bez namysłu.

  • Być może tato – nigdy się nie dowiem kim ona była, czy przeżyła poród czy była zwykłą kurwą, a może kimś wyżej urodzonym. Ojciec milczy jak grób odnośnie tego – Śpij dobrze...

  • Ty również córeczko – mówił z zamkniętymi oczami.


To co nas łączyło było niedopisania, chcieliśmy się nawzajem pozabijać, a jak przychodziło co do czego... właśnie, taka sytuacja jak ta pokazywała mi jak potrafię się mylić do jego osoby, nie mogę wątpić w to iż mój ojciec mnie kocha. Jestem mu potrzebna i na pewno żadnego ślubu nie planuje. Brat może się śmiać ile chce, ojciec nie będzie chciał dla mnie źle więc za żadnego starego dziada mnie nie wyda.

Chyba tego nie zrobi...

Albo... nie, to nie są już takie czasy, mam prawo wyboru kogo chce.


Connor zgasił ognisko bardzo szybko, jemu nie było do niczego potrzebne. Obalił się na plecy by popatrzeć na gwiazdy, których jak na złość nie było za dużo przez spore zachmurzenie. Co on tutaj dalej robi, powinien zabrać siostrę od tego potwora i znaleźć dla niej dobry dom. Wrócić do swoich misji. A taka jakby niewidzialna nitka ich tutaj trzyma, nie posiada noża by ją przeciąć, nie w tej chwili. Co się zmieni, wyrwie ją z piekła tatusiowego za nim on zrobi jej krzywdę większą niż do tej pory.


W przeciągu paru chwil cała rodzina zasnęła. Żadne z nich nie było świadome jak ciężkie czasy ich czekają.

Shay stał przed biurkiem w swojej kajucie. Opierał się dłońmi o drewniany blat, przed nim leżała mapa. A na niej paręnaście krzyżyków rozmieszczonych w różnych miejscach świata. Ta wściekłość w nim rosła z każdą chwilą coraz bardziej i bardziej, oddech również przyspieszył. Jakby próbował się sam uspokoić. Wzrok wbił w miejsce na mapie do którego dążą, był tam jeden z największych krzyżyków.


  • Po cholerę ja mam się tam wstawić?!

Krzyknął po czym cała zawartość mebla wylądowała na ziemi jednym ruchem rąk. Odwrócił się plecami do tego. Nie rozumiał po co ma się cofać w miejsce gdzie już sprawdzał, on tylko będzie tracił czas. Nie jest istotą nieśmiertelną. I jemu się kiedyś skończy czas... Od paru lat, nieprzerwanie trapił go ten sam sen, co do sekundy wszystko było identyczne. Zwiedził już tyle miejsc na świecie i dalej nie odnalazł odpowiedzi na swoje pytanie.


  • Może poszukałbym w Portugalii...

    Powiedział do siebie i wspomnienia wróciły momentalnie. Nie... nie może się tam pojawić. Rany w jego sercu były zbyt mocne. Zbyt świeże. To będzie ostanie miejsce do którego spojrzy jeśli nie uda mu się odnalezc zguby na bardziej przyjaznych jego sumieniu rejonach. Obiecał załodze, że się położy i... może gdyby nie krzyk to by nawet uwierzyli.

Cormac podszedł do drzwi i wyszedł, kiedy indziej spełni obietnice. Wolnym krokiem zmierzał za ster, im szybciej będzie na miejscu tym szybciej będzie mógł wyruszyć na swoją dalszą podróż.


  • Mam Cię związać następnym razem byś się trzymał z dala? - Gist nie wiedząc czemu leżał na deskach i patrzył w niebo.

  • Nie będę się słuchał osoby, która próbuje stać się deską pokładową. Całe życie wiążesz ze statkiem? - kogo on trzymał na tym swoim statku to nie wiedział.

  • Masz mnie! To moje nowe hobby jak i motto życiowe – przeturlał się na brzuch – Nie wiem z której strony wyglądam najlepiej jako deska.

  • Z boku wiesz? - niech go ktoś obdarzy dodatkową cierpliwością do jego osoby.

  • Mogę być i boczną deską. Wtedy musiałbyś mnie przymocować linami i mogę tak wisieć i wisieć – zaśmiał się.

  • Zapamiętam, kolejną wyprawę spędzisz jako boczna deska – miał to nawet przed oczami – Masz prawo wybrać sobie miejsce.

  • Uwierz mi. Skorzystam z tego – podniósł się oraz otrzepał.

  • Słowa padły, nie wycofasz się z tego już nigdy – położył dłonie na sterze – Nie zapomnij się innym pochwalić swoim pomysłem.

  • Tak, na pewno... - spojrzał na niego – Shay, dalej męczy Cię to samo co wcześniej? - zapytał zapobiegawczo – To tylko głupi sen.

  • Nie śniłby mi się cały czas i tak samo gdyby miał być to tylko głupi sen – rozejrzał się na boki podenerwowany – Nie spocznę dopóki tego nie wyjaśnię.

  • A Zakon? Masz swoje obowiązki jako Templariusz... - szybko pożałował swoich słów.

  • Czy ja jestem cholerną marionetką?! - denerwować bardziej kogoś kto już jest zdenerwowany, nie należy do dobrych pomysłów.

  • Nie... nie jesteś... - mógłby się czasem ugryźć w język za nim powie o wiele słów za dużo niż powinien.

  • Pierdol się Gist... - z tymi słowami go opuścił, ta kajuta nie wydaje się być złym pomysłem.


Udał się z powrotem do siebie, trzasnął drzwiami gdy tylko znalazł się w środku. Jego słowa zadziałały jak płachta na byka.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marzenie

I. Jeden telefon

Głupiec