Rodzina część 1
Od samego początku się zastanawiam czy ojciec jest dla mnie ważny. Nie mam nikogo innego niż jego. Przydupasów nie wliczam, od zawsze budzili we mnie obrzydzenie. Szczególnie ten wiecznie zapijaczony. Być może nie mam z nim za dużo styczności i wcale długo go nie znam, ale jednak. Tata nie chce bym z nimi spędzała czas. Kiedy siedzi na swoich spotkaniach ja ćwiczę na tyłach budynków szermierkę. Coś co wpajał we mnie od małego. Niegdyś dni spędzaliśmy na treningach, kiedy po raz pierwszy go pokonałam. Pozwalał mi na samotne doskonalenie umiejętności. Widział we mnie potencjał. Byłam jego oczkiem w głowie, ale czy na pewno? Głowę miał zajętą sprawami swojej siostry, zabójców mego dziadka. I wiele wiele innych. Ciężko przewidzieć co go obecnie męczy.
Rozdzieliśmy się, Kenway poszedł sprawdzać budynek. A ja chodziłam po zasypanym śniegiem terenie. Nic wielkiego tutaj nie było, ojciec jak zwykle kazał nam iść gdzieś nie tłumacząc po co myśmy się fatygowali. Kleknęłam przy znalezionym ciele. Biedaczek zamarł na śmierć, rany zbyt widocznie nie były pod warstwą białego puchu. Odwróciłam głowę w kierunku budynku słysząc zamieszanie. Nawet chwili dla siebie nie mam... poderwałam się z miejsca, wskoczyłam do środka przez okno od razu dobywając szabli. Stojąc między ojcem, a napastnikiem? Tak chyba tak, nie opuszczałam jej.
Sally opuść broń, będziesz skakała bratu do gardła? - mężczyzna nie specjalnie cieszył się z wtargnięcia dziewczyny. Sam by sobie doskonale poradził. Miał go na celowniku.
Brata?
Siostra?
Słowa padły jednocześnie z moich jak i ust tego zakapturzonego jego mościa. Byliśmy tak samo zdziwieni. Rodzeństwo? Nigdy o czymś takim nie słyszałam, on za pewne też. Schowałam broń po czym stanęłam obok kapturka. Dlaczego? Otóż wychodzi na to iż to ojciec musi się tłumaczyć. Jakby co mam sztylet niedaleko. Pod żebro mogłabym go wbić dając sobie więcej czasu na przemyślenie co robić.
Nie wspominałem o Connorze. Nie miałem takiej potrzeby – wzruszył ramionami, oni przeciwko niemu? Być może – Spotkalibyście się. I to w tym momencie nastąpiło.
Jak nie było potrzeby? - krzyknęłam – Całe jebane życie miałam wierzyć w posiadanie tylko ojca? Bez matki którą porzuciłeś? Odebrałeś jej córkę?! Nie miałeś na tyle jaj żeby postąpić z... - spojrzałam na niego – Connor?
Tak – tym razem chciał to na spokojnie załatwić. Większą awanturniczką była dziewczyna stojąca obok – Tyle w nim honoru co nic.
Dzieci – uspokajał ich rękoma – Dojdziemy do porozumienia. Nikt nie chce tutaj niczyjej śmierci.
Próbowałeś mnie zabić – asasyn postanowił nie odpuścić – Przed chwilą. Parokrotnie. Gdy tylko nadarzyła się sytuacja.
Oh ojcze... pragniesz śmierci własnego syna? - mimo iż mu nie ufałam to stronę możemy trzymać tą samą. Mamy przewagę. Pierw zabijemy tatuśka. Potem... potem drogi się rozejdą. Lub jeśli będzie miał mądre wyjaśnienie. Zostanie oszczędzony.
Od kiedy stajesz po stronie nieznanego Ci osobnika? - w pogotowiu sięgał po własną broń. Atmosfera z minuty na minute była coraz bardziej gorąca.
Skoro to mój brat – uśmiechnęła się – Nie muszę się niczego obawiać. Sam ojcze miałeś siostrę – być może przesadzałam ze słowami. Co nie zmienia faktu naszej przewagi.
Jakby Ci odrąbać łep byśmy byli znani jako Ci którzy ledwo po poznaniu prawdy zabili ojca – zaśmiał się – Zaufanie rzecz nabyta. Lepszego sposobu na zdobycie go niż zabicie Ciebie nie znajdziemy.
Czytasz mi w myślach – braciszek się udał, o ile nim faktycznie jest.
Dzieci skąd w Was taka żąda mordu? - Kenway pokręcił głową. Wychowywał jedno z nich jak należy, drugie też powinno być dobrze wychowane.
Spojrzałam na Connora, nasze spojrzenia się spotkały. Więcej nie potrzebowałam. Poprawiłam szable w dłoni i rzuciłam się na ojca. Stale starły się ze sobą, zdążył wyjąć miecz. Asasyn uderzył zaraz za mną, Haytham był zmuszony odprawić atak ostrzem. Dwóch na jednego. Cały czas to sobie powtarzałam. Odsunęłam się na pół kroku aby wyprowadzić cios raz jeszcze. Również go odparował. W tym samym czasie braciszek wyprowadził cios w brzuch z zaciśniętej pięści. Tata zachwiał się na nogach. Idąc za ciosem oberwał w twarz. Kiedy się wywrócił na plecy końcówkę szabli przyłożyłam mu do gardła.
Przegrałeś. Znów – zaśmiałam się – I co mi teraz powiesz?
Moje dzieci – odrzucił broń, ostrze schował – Nie musicie mnie zabijać. Dojdziemy do porozumienia. Będziemy działać wspólnie.
Connor, co sądzisz? - szeroki uśmiech zachowałam – Możemy tatuśka jeszcze trzymać przy życiu?
Gdyby nam się do czegoś przydał... bez potrzeby nie będziemy go trzymać – poprawił łuk na plecach.
Możemy zrobić z niego tarcze – ponownie się zaśmiałam, po tym dobyłam swego sztyletu i rzuciłam nim obok ucha mężczyzny. Pierwszy raz w życiu mam na tyle odwagi aby się nim zabawić – O gdzie moje maniery, bym zapomniała – schowałam szable, odwróciłam się bardziej do brata – Sally Kenway, córka Haythama Kenway'a – wyciągnęłam dłoń w jego kierunku z przyjacielskim uśmiechem.
Connor Kenway, syn Haythama Kenway'a – uścisnął dłoń dziewczyny.
Wspominany Haytham leżał na ziemi, czy on był właśnie świadkiem zawiązującego się sojuszu przeciwko niemu? Dzieci miały być jego ochroną, a nie czymś przed czym będzie musiał uciekać. Powoli odsunął się na rękach, po tym stanął na nogi. Jego oczekiwania względem ich się bardzo różniły od tego co widział. Nie ma szans aby ich za długo trzymał od siebie. Po takim czasie powinny się bardziej nie lubić niż tak od razu pałać do siebie sympatią. Albo znają się już dużo wcześniej. W co wątpił. Zarówno córkę jak i syna w jakimś stopniu miał na oku. Nie było na to szans. A nawet jeśli to on sobie poradzi.
Nastepnym razem celuj wyżej niż w brzuch. Jeszcze ma za silny brzuszek aby go od razu powalić – nic nie szkodzi by sobie z niego pożartować. Nareszcie będzie wiedział gdzie jego miejsce, poniósł kolejną porażkę w swoim życiu.
Zawsze mogę znalezc miejsce poniżej – obserwował tatusia, to że obecnie nikt do nikogo nie mierzy wiele mogło znaczyć.
Podoba mi się Twój tok myślenia.
Dzieci ja tutaj wciąż jestem – pomachał w ich kierunku – Słysze o czym mówicie..
A kto Ci dał tato prawo głosu? - nie zachowywał się jak ojciec który panuje nad swoimi pociechami. Jakby kompletnie się zagubił w sposobie podejścia do nas. Wychodzi jak bardzo zrozumiał co to znaczy tatusiowanie – Chodz Connor. Niech sobie tutaj posiedzi. My się czymś zajmiemy.
Związać? - brał się już za linę.
Na pewno jesteś moim bratem – po raz kolejny dzisiaj się zaśmiałam, chciałam go lepiej poznać. Zaufania nie dostanie, bynajmniej na razie. Bardziej obecnie obawiam się ojczulka pod tym względem. Zraniliśmy jego honor więc będzie chciał to wyjaśnić na swoje sposoby.
Dzieci... - Haytham odżałował posiadania dzieciaków, lepiej już mu było kiedy nie miaał żadnego.
Jakiś czas pózniej.
Nie było dnia kiedy nie myślała bym o tym co zaszło jeszcze stosunkowo tak nie dawno. Całe życie żyłam w przekonaniu. Mam tylko ojca na świecie. Nie ma nikogo więcej. A tu się okazuje zupełnie inaczej. Czyżby ojciec celowo całe życie mnie okłamywał? Tylko jaki miałby w tym cel... Matka nie wiadomo gdzie jest. Teraz w tym przypadku dwie kobiety. Tatuś nie umiał się powstrzymać? Albo tak bardzo chciał mieć dzieci... jedno przy sobie drugie daleko od niego. Ewentualnie nie bardzo był świadomy posiadania syna. Tylko podczas pierwszego spotkania pokazał zupełnie co innego. Jego radzenie sobie w sytuacjach kryzysowych zanikło. Przewyższyliśmy go oboje. Bez żadnego zaufania do siebie, bez pewności czy myślimy tak samo. Connor jest wspaniałym wojownikiem. Ojciec powinien być z dumny posiadania takiego syna. Asasyn... rodzina... nic nie może stanąć na jej drodze. Tym bardziej ktoś kto jest odpowiedzialny za stworzenie istnienia... powinien o nie dbać. Szanować. Być może kochać... Kenway raczej takimi uczuciami nas nigdy nie obdarzy. Musimy się z tym liczyć do końca jego albo naszego życia. Zależnie kto pierwszy opuści świat żywych.
Z rozmyślań wyrwał mnie męski głos. Odwróciła głowę w jego kierunku. Po tym z powrotem wróciłam do obserwacji wody. Była taka spokojna. Zupełnie przeciwieństwo mnie samej. Chciałabym się z nią zamienić miejscami, było by tak fajnie.
Mogę się dosiąść? - zapytał stojąc praktycznie obok dziewczyny.
Proszę - odpowiedziałam z uśmiechem. Nie mogę mieć do niego pretensji. On tak samo jak ja. Nie wiedział o posiadaniu rodzeństwa. On miał matkę. Ja zaś ojca.
O czym myślisz? - starał się utrzymać rozmowę. Chciał mieć z siostrą dobry kontakt.
O tym - uniosla krzyżyk do góry - Ty Asasyn. Ja Templariusz. A siedzimy ze sobą jakby nie dzieliła nas wojna. Nienawiść - prawdy mu przecież nie powiem o czym myślę.
Miałbym zabić siostrę? - objął ją delikatnie przyciągając do siebie - Nic z tych rzeczy Sally - uśmiechnął się.
Nawet mnie tak dobrze nie znasz. Mogła bym Ci wbić nóż w plecy.
Bardziej ufam Tobie niż ojcu - odparł spokojnie - On był by w stanie to zrobić.
Otóż to... - westchnełam - Haytham Kenway nie jest wart zaufania - odwzajemniłam ucisk - I mówią to jego własne dzieci.
-Znasz go lepiej ode mnie - zerknął na niebo - Trzymajmy się razem. W razie gdyby coś poszło nie tak. A ten krzyż - wolną ręką zerwał go z szyi siostry - Nie musisz podążać ścieżką ojca.
Wiem Connor... - odebrałam swoją własność - Zakon... - wyrwałam się z uścisku brata i się podniosłam - Dopóki ojciec żyje będę przy jego boku - zamilklam. Patrzyłam na krzyż - Mogę Ci na tyle ufać by powiedzieć coś w tajemnicy?
Jeśli uważasz, że jestem tego godny - podniósł się zaraz po niej. Byl nieco wyższy.
Jesteś - odpinałam szatę mniej więcej do połowy - Connor - wskazałam na haft pod spodem. Na jeden symbol. Widząc iż chce się odezwać położyłam palec na jego ustach - Tajemnica - uśmiechnęłam się.
Ty sprytna lisico jedna - zaśmiał się - Naprawdę?
Tak - zapinałam wszystko na nowo. A po tym krzyżyk wrócił do kieszeni. Później go naprawie.
Takie jak Ty traktuje się w jeden sposób - wziął ją i wrzucił do wody.
Connor! - krzyknęłam i chwilę po tym wróciłam na brzeg - Kretyn! - pacłam go w ramie.
Kąpiel dobra sprawa - śmiał się. Nie sądził żeby mu się to udało.
Connor, Sally. Do mnie! - Kenway był oddalony od nich. Niedawno przyszedł.
Komentarze
Prześlij komentarz