AC. Uczucia ~ część trzecia

 

Otworzyłam oczy szybciej od ojca. W sumie to nie spałam nie wiadomo jak długo, bałam się o niego i myśl mówiąca o tym, że za nim się dowiedziałaś on dawał sobie radę nie pomagała. Wręcz przeciwnie. Powodowała większy strach. Podniosłam się powoli, uważałam na niego. Niezbyt dobrze to wyglądało.


Idąc przed siebie zauważyłam brata stojącego przy koniach. On to naprawdę, nie zna słowa odpoczynek. Podeszłam do niego próbując się uśmiechnąć. Pogoda dzisiaj niezbyt nam sprzyjała. Opuszczenie obozu może być jedną z gorszych decyzji.


  • One muszą Cię bardzo kochać – odparłam zerkając na dużego, młodego ogiera – Tak troskliwie się nimi opiekujesz.

  • Są naszymi towarzyszami i należy im się opieka taka sama jak nad człowiekiem, a nawet większa – Connor był im oddany, dla niego nie liczyło się to, że koń towarzyszył mu parę dni czy tygodni. Każdego traktował z należytym szacunkiem.

  • Zrozumiałam od samego początku jak Cie bliżej poznałam – sztuczny uśmiech utrzymywał się na mojej twarzy,

  • Coś Cie gryzie – rzucił patrząc na nią – Między Tobą, a ojcem coś się zadziało gdy poszłaś spać?

  • Widziałam jak ojciec zasłaniał się chusteczką... która była zakrwawiona. Trzymał się drzewa – nie będę przed nim ukrywać prawdy. To i jego ojciec.

  • Coś go dopadło – westchnął i uniósł głowę aby spojrzeć w niebo – Jest twardy i będzie z nim dobrze. Jego duch jeszcze nie odleci.

  • Byś się nie mylił Braciszku – stanęłam bliżej niego aby się przytulić do jego ramienia, mimo wszystko ciężko mi było to przetrawić. Bez niego byłoby jeszcze ciężej.

  • Osobami, które odbiorą mu życie jak będzie trzeba to będą jego dzieci. Żadna choroba nam go nie odbierze przed czasem – odczuł ciężar na ramieniu, siostra go teraz potrzebuje.

  • Masz racje... - co ja bym bez niego zrobiła, czasem doceniam fakt posiadania rodzeństwa. Rzadko się kłóciliśmy, powodów brak, a jak już to były wywołane przez ojca. Ta granica nieznajomości powoli się zacierała między nami.

  • Upolowałem i przyrządziłem królika, chodz. Musisz nabrać sił aby dobrze przeżyć podróż – ruszył pociągając ją za sobą.

  • Spałeś coś? - jego przyszłą żona będzie miała z nim dobrze. Wszystko zrobi i jak będzie trzeba zrobi jeszcze więcej za nim go ktoś o to poprosi.

  • Troszkę, nie przejmuj się. Zdążę się wyspać za Was wszystkich tutaj zgromadzonych i przyszłych Twoich dzieci.

  • Connor... nie mam nawet męża. Bez niego żadnych dzieci nie zobaczysz z mojej strony – ah... znów wraca do tego tematu.

  • Płynie generał, ślub niedługo – za w czasu się od niej odsunął – Za ślubem dzieci. Wielka gromadka dzieci. Ojciec zostanie dziadkiem i będzie je wszystkie bawił kiedy Wy zabierzecie się za następne dzieci.

  • Masz parę sekund na ucieczkę za nim bardzo mocno się zdenerwuje i zrobię Ci krzywdę – uśmiechnęłam się szerzej – I ten Twój czas zaczął się w tej chwili.

  • Nie dostaniesz swojego ukochanego królika jak mi coś zrobisz! - bez walki się nie podda.


Ciężki wybór... zabić brata czy nie zabić, żołądek jak i serce podpowiadały aby tego nie robić, rozum był za. Miałabym więcej spokoju od niego. I znów byłabym skazana tylko na towarzystwo ojca i w przyszłości jego kumpli.


  • Masz mnie... będziesz żyć – poklepałam go po plecach – Twoje dni nie są jeszcze policzone jeśli chcesz wiedzieć.

  • I to ja rozumiem! - tym razem wyszedł cały.


Haytham niechętnie wyrwał się ze snu, mógł pobyć w nim jeszcze. Przewrócił się na plecy nie czując oporu ze strony drugiej osoby, córka musiała wstać wcześniej od niego. Nie było po jego myśli aby ona wiedziała co się dzieje... wiedzieli. Connora już za pewne poinformowała o zajściu sprzed paru godzin. Usiadł i się przeciągnął. Dalej nie rozumiał co go podkusiło aby mieć dzieci... co mu to daje. Oprócz wiecznych kłopotów i jeszcze większej ilości kłopotów. Skupił wzrok na drzewie stojącym nieopodal, gdzie miało miejsce to całe zajście. Co dają mu dzieci... rodzinę, poczucie bycia za kogoś odpowiedzialnym, miłość, której mu brakowało po tym jak za szybko musiał dorosnąć. To były jego dzieci, jego przedłużenie rodu, jego krew. Jego najblizsi... może mieć współpracowników, cały Zakon pod sobą i mimo że dzieci grozą mu śmiercią średnio co 5 minut to będzie stał za nimi murem.

Stanął na nogi, decyzja było tylko jedna w tej chwili. Musi dojść do siebie i im nie może się w takim stanie pokazywać. Będą mieli go za słabego, a on nie jest słaby. Jest Mistrzem i ojcem. To daje wiele. Na kartce zostawił im wytyczne gdzie mają pojechać. Bez żadnego wyjaśnienia. Po prostu tak było. Zrozumieją i pózniej będzie znosił przekrzykiwanie się swoich pociech. Nie pierwszy raz. Zakradł się do miejsca przywiązania koni, rozejrzał się i widząc zajęte dzieciaki w dodatku odwrócone do niego tyłem. Ucieszył się. Idzie po jego myśli. Odwiązał jedną sztukę i oddalił się z nią.


  • Do zobaczenia


Powiedział do siebie. Wskoczył zwierzynie na grzbiet i bez większego zastanowienia ruszył w drogę. Dzieliło go dwa dni drogi od miejsca docelowego dla ich wszystkich. Musiał pędzić aż do zachodu słońca i po. Kiedy oni się zorientują, szybko nadrobią zdobytą przez niego przewagę. Nie o to mu w tym chodziło, byli wyszkoleni i dadzą sobie radę. Nawet jakby chciał pojechać inną trasą nie da rady. Miałby więcej drogi od nich poza tym lepiej samemu nie zapuszczać się w alejki na tym terytorium. Bezpiecznie tutaj nie było w ogóle.

Haytham Kenway, samotność, galop konia, wiatr, wrócił do tego co towarzyszyło mu niemalże codziennie gdy miał za zadanie odnalezienie jakiś osób albo sam sobie narzucił misje do wykonania. Miał jeszcze jeden plan, niezwiązany z jego dziećmi, Zakonem, malutki plan na który nie ma za dużo szans na wygraną.



Gist przechadzał się po pokładzie, kapitan prawdopodobnie spał albo udawał swój sen aby się inni nie domyślili prawdy. Krzyków żadnych, cisza i spokój. Wyganianie go spać graniczyło z cudem, pić nie chce za wiele. Od momentu gdy mu dosypywali różne zioła zabrane z portów to tym bardziej nie chce pić z ich ręki. Sam musi otworzyć i się przekonać by aby na pewno nikt nie chce go otruć. Zważywszy na to iż nikt nie chciał śmierci kapitana... skąd mu to przyszło do głowy. To, że nie mógł złapać oddechu czy wymiotował dalej niż widział to jeszcze nie znaczyło o próbie buntu i przejęciu statku. Oni chcieli mu pomóc. Tak jak teraz.


  • Masz gotowe? - zapytał przechodzącego obok mężczyzny – Tym razem na pewno nam się uda.

  • W czym gacie... mają pomóc Kapitanowi? - tego do tej pory nikt nie mógł pojąć. A wszyscy się martwili równie mocno.

  • Może się budzić z powodu za małych gaci. Jak dostanie większe to będzie miał nie tylko przewiew jak i większe pole do popisu. Żaden klejnot nie będzie ściśnięty! - był dumny z siebie.

  • Nie chce być przy tym – i się oddalił.

  • Ja mu je z chęcią wręczę, a nawet założę na jego kapitańskie pośladki! - radosnym i jakże dumnym krokiem ruszył w kierunku kajuty.

    Siedziałam z bratem pogrążoną w jedzeniu jak i myślach co takiego może się dziać z ojcem i kogo takiego chce nam przedstawić. To nie było do niego podobne, on miał jakiś głębszy sens w tym. Jak za każdym razem gdy w coś nas wciągał. On musiał na coś liczyć, być może to kolejna gierka z jego strony bądz po prostu chce abyśmy wpadli w pułapkę. Dopóki nie spotkamy jego mościa mogę snuć nienormalne teorie odnośnie tego. Może faktycznie on chce żebym... Nie Sally! To się nie zdarzy, on Cie za byle kogo nie wyda, wątpię aby kiedykolwiek tego chciał. Kto by miał bronić jego szlachetnej pupy jakbym postanowiła założyć rodzinę i jej się poświęcić. Może tak naprawdę nie chciał mieć dzieci i teraz nas próbuje przed tym uchronić ciągnąć w to kolejną i kolejną misję. To też jakiś plan.


  • Gdzie nasza głowa rodu? - Connor się rozejrzał na boki, dość długo go z nimi nie było. Zaczynało się to robić zbyt podejrzane.

  • Pewnie jeszcze śpi – rzuciłam w odpowiedzi całkowicie odrywając się od myśli, które pokrywały się osobowo z tematem ich zaczętej rozmowy – Też może nie chcieć spędzać czasu z nami. Wiesz jaki on jest.

  • Wiem aż za dobrze – odłożył kość na bok i podniósł się z miejsca – Pójdę zobaczyć co u niego. Za długo bez nas nie może być.

  • Nie ufasz mu? - to pytanie często padało między nami w jego kontekście. I za każdym razem była inna odpowiedz.

  • Znasz moje zdanie, nie ufam mu kiedy coś kombinuje – westchnął po czym ruszył w stronę prawdopodobnego pobytu ojca.

  • Idę z Tobą – dodałam podnosząc swe pośladki z ziemi, jeszcze się pokłócą na dobry początek dnia. Tego nam do szczęścia brakowało.

  • Mi możesz zaufać – uśmiechnął się przyjacielsko w jej stronę – Nie zamierzam nic w kierunku rodziny robić.

  • Jasne, a pierwszy będziesz chciał zabić faceta przy moim boku. A to co będzie jak mnie tknie! - zaśmiałam się pod nosem – Od razu wylecisz ze swoim małym toporkiem i będziesz mu chciał odcinać troszkę.

  • Tak będzie, zobaczysz i wspomnisz moje słowa siostro.

  • Niech Ci będzie Connor – dopiero po czasie odwzajemniłam jego uśmiech.


Roześmiani podeszliśmy w ostatnie widziane miejsce naszego stwórcy. Miny nam zrzedły od razu. Nie było go, spojrzeliśmy na siebie zagadkowym spojrzeniem, a po chwili zaczęliśmy się rozglądać. Gdzie do licha jest nasz ojciec?! Ja sprawdzałam najbliższą okolice z kolei brat udał się nieco dalej. Może poszedł usiąść pod innym drzewem i zajął czytaniem. Porwać nikt go nie porwał, żadnych śladów wskazujących na to nie było.


  • Sally! - asasyn krzyknął – Sally!

  • Tak? - skupiłam na nim wzrok – Co się dzieje?

  • Nie ma konia! - odkrzyknął, dla niego wszystko było jasne. On ich zostawił od tak. Znów zrobił to samo.

  • Cholera... uwierz mi na słowo, jak jeszcze raz zrobi coś takiego to go wypatrosze! Albo wsadzę w dupę jego kapelusik! - jak tu nie być zdenerwowanym o niego, nie da się inaczej.

  • Jedziemy, musimy go dogonić za nim durniowi się stanie krzywda – odwiązywał konie – Prędzej czy pózniej się doigra.

  • A to my jesteśmy młodsi – rzekłam podchodząc od brata – My musimy go niańczyć z każdym miesiącem coraz bardziej... nie podoba mi się to. Nic a nic.

  • Jedziemy, jak się postaramy to przed zachodem słońca będziemy przy nim.


Pokiwałam głową. Słowa były już nie potrzebne. Dosiedliśmy koni i galopem za najstarszym z rodu i zarazem najmłodszym z zachowania. To już się nazywa kryzys wieku średniego.


Shay podstawił nogi na deskach, nie mógł spać, ten sen dalej go prześladował. Ukrył twarz w dłoniach aby otrzeć powstały pod od niepokojącego snu. Ile jeszcze razy on mu się przyśni. Ta kobieta... kim ona była. Nigdy wcześniej jej nie spotkał, niedorzeczne jest śnić o kimś kogo się nigdy na oczy nie widziało. Poderwał się z łóżka, powolnym krokiem podszedł do stojaka z ubraniem.


  • Jesteś łowcą Shay, pamiętaj o tym.


Powiedział do siebie dotykając opuszkami palców krzyża na skórzanej kurtce. On jest łowcą, ta kobieta ofiarą. On jest wilkiem, ona łanią. Nigdy na odwrót. Nie stanie się łatwą zwierzyną do upolowania przez wilczycę.

Pytanie czy tak się już właśnie nie stało... czy to co się działo w jego głowie i decyzję jakie przez to podejmował nie są wywołane strachem przed nieznanym. Dla Shaya to nie było w ogóle możliwe, on rządził nie tylko na wodach, był panem swojego życia. Sam dbał o swoje szczęście, żadna kobieta... już żadna kobieta nie wywróci mu życia do góry nogami.

  • Hope...

Szepnął po czym szybko tego pożałował. Złość na nowo w nim narosła. To ona się nim bawiła, wykorzystała go, więc dlaczego dalej ją kocha?! I jednocześnie śni o innej, pod żadnym kątem do niej nie podobnej. Kobieta ze snu ma bardziej delikatniejsze rysy, piękniejsze głębsze oczy, uroczy uśmiech... za nim pozwolił sobie na dalsze rozmyślanie zabrał się za ubranie. Ma na dzisiaj swoje obowiązki.

Odziany, wyposażony w broń zamierzał wyjść z kajuty. Już sięgał za drzwi, a tu mu Gist wparował do środka. Ani nie zapukał ani nic. Miał na twarzy uśmiech, on wiedział dobrze co robi. Był jeszcze bardziej z siebie dumny z tego powodu.


  • Mam coś dla Kapitana – zaczął, to musiało właśnie o to chodzić – Coś co pomoże lepiej zasnąć.

  • Jeśli znów chcesz mnie otruć to sobie daruj dopóki jestem spokojny – Shay nie miał ochoty na kolejne użeranie się z nimi. Był niewyspany, podenerwowany tym wszystkim.

  • Ależ to nie o to chodzi! Ja nigdy nie chciałem tego zrobić! - położył dłoń na klatce piersiowej – Przyrzekam.

  • Doprawdy... - pokręcił głową – Tak jak ostatnio przyrzekałeś na rum? Przypomnisz mi jak to się skończyło?

  • Nie o to mi teraz chodzi – machnął tą samą ręką – To rozwiąze wszystkie problemy. Na pewno, jestem tego pewny.

  • No pokaż co tam masz – im szybciej tym lepiej, zostawi go w spokoju nie marnując więcej jego czasu.

  • Proszę! - pokazał mu gacie jakie udało mu się dorwać – Klejnoty kapitana się męczą i dlatego nie możesz spać.


Shay nie wiedział czy ma się śmiać czy płakać z głupoty jego towarzysza. Co mu odpierdalało ostatnio. Tego same gwiazdy nie wiedziały. Wziął część garderoby do ręki.


  • Dziękuje... - szybkim ruchem wsadził mu je do ust – Spierdalaj Gist – wypchnął go po czym zamknął drzwi. On może jednak lepiej jak jeszcze posiedzi sam za nim zamorduje pół załogi.


Gist leżąc na deskach był uradowany. Kapitan był szczęśliwy! Się nie przyzna. Trafił w punkt.


Pędziliśmy z bratem jak najszybciej się dało. Pózniej będziemy musieli wynagrodzić ten wysiłek konikom. Wiele dla nas robią w tym momencie. Wiadomo było w jakim kierunku zmierzamy, ojciec miał swój cel i by go nagle nie zmienił też jechaliśmy w nieznane. Ten jeden procent niepewności czy na pewno wybraliśmy dobry ruch. Jak go porwali to przepadł niczym kamień w wodę. Byśmy więcej czasu stracili na jego szukanie niż ratowanie. Wersji z porwaniem jeszcze nie było, zawsze nam uciekał. I myśmy go szukali, zabawa w kotka i myszkę. Może to miało na celu jakoś rodzinne więzy połączyć bardziej, sama nie wiem.


  • Widzę go! - Connor odetchnął, nie będą w nieskończoność za nim się uganiać – Mam plan... - dodał pośpiesznie.

  • Jaki masz plan? - zdziwiona jego postawą nie do konca ufałam temu co mu się mogło w głowie narodzić – Braciszku... nie masz nic złego na myśli?

  • Ja? Nigdy – popędził swego rumaka do jeszcze szybszego biegu.


Ja natomiast utrzymywałam tempo. Pościgi zostawiałam mu zawsze, był ode mnie w tym lepszy. Nie mogłam zrobić nic innego niż mu zaufać na tym etapie. Co ma być to będzie tak naprawdę. Ojciec zrozumie by więcej od nas nie uciekać. Jest chory... mogła mu się stać krzywda po drodze... tego raczej do świadomości nie przyjmował. Kenway jest zdrowy jak ryba, nic mu nie dolega, nic na tyle poważnego by wprost powiedziec własnym dzieciom o tym...

Kiedy moje myśli odeszły w takowym kierunku Connor siegnął za łuk. Z przerażeniem w oczach patrzyłam na wariata. On go chce tylko nastraszyć prawda? On nie chce nic złego zrobić, musisz w to uwierzyć. Nie czas i miejsce na śmierć ojca, wiele rzeczy im nie zdarzył powiedzieć o sobie i swoim życiu, i nie zamierzałam dowiadywać się od innych. Wtedy stało się to... mój kochany brat wypuścił strzałę, a ona? Trafiła ojca w ramie. Runął z konia na ziemie.


  • Debilu! - krzyknęłam na brata i idąc jego tokiem myślenia popędziłam konia. Mężczyzna się nie ruszał... to nie było nic dobrego.

  • Będzie uziemiony – asasyn wzruszył ramionami. Znalazł najlepszy sposób na wciąż uciekającego od nich ojca. Na tchórza z własnego rodu.


Zatrzymałam konia zaraz przy ciele Kenway'a. Zeskoczyłam z niego i znalazłszy się przy nim patrzyłam czy oddycha. Przerzuciłam go na plecy po czym przyłożyłam policzek do jego ust obserwując klatkę, delikatny oddech był wyczuwalny. On żył lecz był nieprzytomny. Zabrałam się za oglądanie dalsze. Być może zrobił sobie coś jeszcze przy takim wypadku.


  • Żyje – młody Indianin się nie spieszył, stanął obok nich, z konia nawet nie zszedł – Takiego ciężko zabić.

  • Nie odzywaj się do mnie – byłam na niego wkurzona – Najlepiej zrobisz jak zejdziesz mi z oczu.

  • Daj spokój Sally, tak trzeba było zrobić – pokiwał głową, on był zadowolony ze swojej decyzji.

  • Prawie go zabiłeś! - nerwy gdzieś mi puszczały, panowanie nad sobą było coraz cięższe.

  • Nie o to nam chodzi? - od samego początku znajomości o tym mówili, mieli za cel zabić ojca.

  • Ja chce się dowiedzieć czegoś o matce! Od trupa mam się dowiedzieć? - i coś we mnie pękło – Ty swoją znałeś, ja nie... dlaczego nie możesz wciąż tego zrozumieć Connor?!


I tu się więcej nie odezwał. Był skołowany słowami siostry, zamiast coś dodać zszedł z wierzchowca i pomagał jej przy mężczyźnie. Z minuty na minute był coraz mniej dumny, on zranił swoją siostrę, swojego sprzymierzeńca przeciwko ojcu...


Shay ochłonął, gacie, kobieta, sen, Hopę, to się dla niego stało czymś zbędnym. Miał swój cel przed sobą. Miał się stawić na wezwanie. Potem może kontynuować swoje zadanie. Za nim ponowił próbę wyjścia z bezpiecznej przestrzeni anty Gistowej zwanej kajutą zasiadł przy biurku. Wyjął dziennik z szuflady i otworzył go na losowej stronie, on był prawie, że pusty. Należał do niego. Nikt nie wiedział o jego istnieniu. Shay starał się w ten sposób sobie przypomnieć czy naprawdę nigdy jej nie spotkał.

I tyle nie myślenia o kobiecie... Cormac uciekł myślami daleko wstecz.


  • Liam... za nim zaczniesz opowiadać cel misji. Dlaczego w nocy? - wzrok utkwił w nie dużym domku przed nimi – Tam nikogo nie ma od paru dni. Stale obserwujemy ten dom.

  • I dlatego jesteśmy pewni. Nikogo tutaj nie ma i pod odsłoną nocy jesteśmy bardziej kryci. Nie marudz Shay – uśmiechnął się – Do łóżek zdążymy wrócić tej nocy.

  • Byle to było warte zarywania kolejnej nocy z rzędu – jemu się to dawno przestało uśmiechać. Ile można spędzać czasu nad jednym opuszczonym domem. No ile?!

  • Zakładaj kaptur i idziemy – sam swój poprawił, a swojemu przyjacielowi go narzucił na głowę – Idziemy.


Mężczyzni dzięki swoim umiejętnością sprawnie przedostali się do środka domku. Liam zajęty przeszukiwaniem skrzyń nie zwracał uwagi na drugiego. Natomiast Shay nie mając zielonego pojęcia czego szukają staną przy oknie. Przyda się jako osoba do obserwowania czy nikt się nie zbliża w ich kierunku. Po co było mu cokolwiek powiedzieć, lepiej kazać obserwować dom, a potem się do niego zakradać.


  • Mam! - blondyn uradowany swoim znaleziskiem się zapomniał – Mam co chciałem!

  • Co masz? - odwrócił się do niego jak i podszedł na parę kroków bliżej – Misja udana?

  • Pokaże Ci pózniej co mam – schował przedmiot do środa kurtki – Będziemy razem uradowani wykonaniem misji.

  • Bez żadne...


Nie było dane mu dokończyć, do środka wpadła banda uzbrojonych żołnierzy. Liam jak i Shay pierw spojrzeli na siebie aby po paru sekundach opuścić domek przez okno. Oni nie chcieli walczyć, a żołnierze nie chcieli im odpuścić. Ganiali się ta po lesie dopóki dwójka asasynów ich nie zgubiła.


Gdzieś pośród koron drzew siedzieli łapiąc oddech. Obydwoje w świetnych humorach. Taki trening dobrze im zrobi.


  • Teraz można nacieszyć się nagrodą – jasnowłosy wyjął przedmiot znaleziony w domku – Mam.

  • Co to jest? - jedno pytanie nasuwało się tylko do głowy.

  • Najlepsze wino na świecie!


Mina Cormaca była bezcenna. Narażał swoje życie, tracił swój czas na to aby jego przyjaciel zdobył małą butelke wina. Aż nie chciał tego komentować. Po prostu ciężko westchnął.


Z dalszych rozmyślań Kapitana wyrwało go pukanie do drzwi. Najwyższa pora, Powrót do obowiązków dobrze mu zrobi. Nowy Jork go wzywał, a wraz z nim, nowe zadanie dane od Zakonu Templariuszy.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marzenie

I. Jeden telefon

Głupiec