AC. III Kiedy to wilk staje się ofiarą
Minęło parę dni od tego niezbyt przyjemnego wydarzenia na szlaku podróżnym. Szczęśliwie dojechaliśmy do miasta, znaleźliśmy miejsce do spania oraz dobrą opieke dla naszego ojca. Biedak póki co za bardzo nie może wstawać z łóżka. Znaczy się poza raną od strzały nic mu nie jest lecz ja mu nie pozwalałam. Jak mi się dziad przekręci to nie będę znała odpowiedzi na moje pytania, a wtedy wyładowała bym złość na moim bracie. Co z kolei mogło by się skończyć dla niego śmiercią. Mi się nie uśmiecha w tak młodym wieku tracić wszystkich bliskich jakich mam i to w dodatku nie mając możliwości poznania historii swojej matki, tego jak poznała ojca. Jakim cudem się znalazłam na świecie i dlaczego jej z nami nie ma.
Całą rodziną siedzieliśmy w jednym z pokoi. Została nam podana herbata, coś bez czego ojciec nie może być. Czekaliśmy na dalsze posunięcia, obecnie mieliśmy tak naprawdę wolne dla siebie. Każdy mógł robić co się tylko chce, poza głową rodu, on mógł się ograniczyć do czytania i picia. Nic więcej mu nie przysługiwało. Chwytając za filiżankę trunku bogów zerknęłam na brata. Był zapatrzony w okno. Po tym przeniosłam wzrok na ojca, on patrzył się na niego. Było wiadomo co się szykuje,
Connor, możesz mi powiedzieć co się wydarzyło? - najstarszy Kenway nie wykazywał żadnych emocji gdy zaczął mówić.
Upolowałem zwierzynę – odpowiedział wzruszając ramionami.
Czy Ty mnie uważasz za zwierzynę? - kontynuował chcąc dowiedzieć się jak najwięcej. Nie pojmował zachowania swojego syna.
Tak
I nawet nie zasługuje abyś na mnie spojrzał podczas rozmowy? - odpowiedzi z jego ust padały szybko.
Tak uważam – łaskawie spojrzał się na swojego stwórce – Nie zasługujesz na nic. Jak Ty się w ogóle zachowujesz w naszym kierunku? Ucieczki? Ukrywanie czegoś?
Mówie Wam tyle ile uważam za stosowne jak i robię to samo. Nie musicie o wszystkim wiedzieć – był uradowany faktem iż syn się na nim skupił.
Czyli nic. Równie dobrze podczas Twoich ucieczek ktoś nas może zabić. Też nie wiemy na kogo konkretnie czekamy. Może być to osoba, która będzie chciała naszej śmierci tak samo jak Ty... - Connor nie uważał na swoje słowa, mówił to co mu przychodziło do głowy, nie zostawi suchej nitki na nim.
Jestem świadomy tego jak to może wyglądać – sprawie odpierał każdy zarzut, nie wnosząc nic nowego do rozmowy – Żadna krzywda Wam się nie stanie, ostatnie co chce to to abyście cierpieli.
Uważaj bo Ci uwierzę... coś kręcisz. Musisz być jakoś zabezpieczony. Wiesz jak bardzo chcemy żebyś w końcu zdechł – tym razem te słowa padły na poważnie. Nie w kontekście żartu albo zwykłej uwagi.
Connor... - wtrąciłam się, ile mogłam słuchać tej niepotrzebnej przepychanki słownej między nimi.
Spokojnie Sally, nie musisz go uspokajać – Haytham nie był ani trochę zdziwiony tym co usłyszał. Spodziewał się tego, mało, wyczekiwał kiedy padną te słowa w rozmowie – Jest dorosłym mężczyzną i wie co mówi. Jaką odpowiedzialność bierze za swoje słowa. Czyny. On o tym wszystkim jest doskonale poinformowany.
Tak samo jak Ty i nic z tym nie robisz – Connor nie odpuszczał – Jesteś naszym ojcem. Poza odpowiedzialnością za to co powiedziałeś bierzesz ją również za nas. Nieważne ile mamy lat, jesteś ojcem cały czas. Na mnie możesz nie zwracać uwagi lecz Sally masz od niemowlaka przy sobie.
Wiem o tym – odpowiedz była krótka – Jestem za Was odpowiedzialny moje dzieci.
Nie widać abyś się nami przejmował. Patrzysz tylko na swoje plany, nie związane z naszym życiem i tym co się stanie jak któregoś z nas prędzej czy pózniej zabraknie na świecie.
Nie chciałam brać udziału w tej całej demonstracji siły, niepotrzebnej nikomu tutaj zgromadzonych. Choć jak wiadomo faceci muszą postępować inaczej, jak zawsze. Westchnęłam i podniosłam się odkładając ostatecznie nie tkniętą herbatę, trudno. I tak nie miałam na nią ochoty.
Jesteście jak dzieci – skomentowałam rozglądając się na boki – Robicie niepotrzebną awanturę. Connor nie musiał strzelać, ojciec nie musiał uciekać. Obydwie strony zawiniły więc darujmy sobie dalszą rozmowę i skupmy się na czymś innym w końcu. Siedzimy tutaj parę dni bez wyraznego powodu. Poza czekaniem na gościa. Do tego już wszyscy doszli sami, ale co dalej? - trzeba było nimi wstrząsnąć.
Mogłabyś się przejść na targ? - Haytham złagodniał – Mam przyszykowaną kartkę oraz pieniądze – sięgnął do szuflady obok łóżka z której wyciągnął wspomniane rzeczy – Mogę Cię o to prosić?
Jasne ojcze – schowałam sakiewkę do kieszeni wraz z kartką – Za niedługi czas do Was wrócę.
Co Ty robisz?! - Connorowi się to widocznie nie spodobało – Jeszcze mi powiesz. Nic takiego się nie stało. Lepiej o tym zapomnijmy?
Teraz postanowiłeś się czepiać o wszystko jak widzę. Powiem Ci tak... Czegoś takiego się nie robi. Nieważne co masz takiego zaplanowane, nie strzela się do własnej rodziny durniu. Nie w takich momentach – może jednak parę słów mu powiem.
To teraz ojciec jest kimś kogo mamy traktować z szacunkiem? Dobrze rozumiem? - zaśmiał się pod nosem – Zapomnij.
Bez niego nie było by nas tutaj. Nic nie zrobisz z więzami krwi – wzięłam większy wdech – Cały czas Ci przypominam. Ty swoją matkę miałeś obok. Wychowywałeś się z nią do pewnego momentu. Ja miałam ojca więc zrozum mnie. Tak samo jak Ty nie chciałeś żyć bez niej. Ja nie chce żyć bez niego. Codziennie widziałam jego, codziennie spędzaliśmy ze sobą czas, opiekował się mną.
Sally... - Haytham teraz próbował się wtrącić.
Nie teraz ojcze – odparłam podenerwowana – Tak samo jak Ty nie chciałbyś żebym ja zrobiła coś Twojej mamie, to ja nie chce byś krzywdził ojca. Jest tak samo jak mój jak i Twój. Z tą różnicą... przywiązanie jest o wiele większe tylko z jednej strony.
To już nie chcesz jego śmierci? - młody Kenway się tak bardzo pogubił w jej wypowiedzi, tyle co... ona miała racje. Stuprocentową rację. On jej tego nie przyzna. Za nic w świecie.
Jest to bardziej skomplikowane niż myślisz. Mogę mu grozić co chwile, mogę mieć pod ręką paredziesiąt rodzai broni. Ja go nie skrzywdzę bo tak. Nie zrobię tego co Ty zrobiłeś. Nie wiedział o nas jak i zaatakowałeś go od tyłu.
Nie kończ Sally... - Haytham wolał uniknąć dodania słów. Wiedział co ona chce powiedzieć.
Z chęcią to usłyszę, nie przerywaj jej – Connor machnął ręką, był gotowy na to co może usłyszeć.
To Ty jesteś tchórzem, nie ojciec – chciał to ma – Nie powinieneś tak robić. Gdzieś poniosły Cie własne myśli.
Po moich słowach zapadła cisza, obydwoje się nie spodziewali iż wypowiem te słowa, a tak właśnie było. Ja... ja nie będę ukrywać tego co czuje czy widzę. Nie w takich sytuacjach. Spojrzałam czy mam na ręce ostrze, ojciec podarował mi je jeszcze za nim nauczyłam się dobrze władać bronią. Mówił, że mi się ono przyda.
Nikt nic dalej nie mówił, to dało mi sygnał do wyjścia, teraz nie jestem im potrzeba więc mogę się oddelegować. Uśmiechnęłam się na sam koniec
Niedługo będę
Rzuciłam na odchodne. Podeszłam do drzwi i w bardzo szybkim tempie za nimi zniknęłam.
Shay stał na pokładzie, dopłynęli szybciej do portu niż zakładał. Był ten jeden dzień do przodu co mu bardzo sprzyjało. Ostatnie dni zamiast spędzać na siedzeniu i nic nie robieniu, w swoim mniemaniu. Stał za sterem. Musiał odpocząć od prześladujących go myśli. To wywierało za duży wpływ na niego, postrzeganie świata i swoich misji. Musiał ogarnąc to wszystko za nim mu się wymknęło spod kontroli. O ile już coś takiego się nie zdarzyło.
Idziemy się zabawić! - Gist aż nie mógł się doczekać lądu, nie żeby na morzu było tak zle. Gdzie tam. Z tym, że na lądzie. Było więcej rzeczy do roboty, miał większe pole do popisu niż tutaj. Z takim myśleniem zbliżał się do zejścia.
O czymś nie zapomniałeś? - Shay szybko do niego dołączył kładąc dłoń na jego ramie – Gist...?
Pan Kapitan przodem, a jakże – zrobił krok w tył, tak mu się bardzo spieszyło. Są w swoim ukochanym mieście!
Trzymaj – Cormac wcisnął mu do dłoni pełną sakiewkę – Tylko nie wydaj wszystkiego podczas jednej nocy.
A ile zamierzamy tutaj spędzić? - oczy mu się zaświeciły na widok pieniędzy, będzie miał za co balować dzisiejszego wieczoru!
Oby jak najkrócej, w odróżnieniu od Ciebie. Ja mam co robić w innej części świata – odczuwał ulgę będąc w Nowym Jorku, szybciej załatwi co ma i wróci do swoich poszukiwań.
Więc jak wszystko strace to się nie liczy. Sakiewka na jeden postój w porcie – tym bardziej się ucieszył.
Możesz mi powiedzieć jak łatwo dajesz się oskubać kobietą? Tylko Ty tyle za nie płacisz... - zerknął na niego raz jeszcze – Taka jest prawda.
Wcale nie! - oburzył się i wyciągnął swoją wcześniejszą po schowaniu nowej – Patrz ile mi zostało! - z woreczka wyleciała jedna moneta.
No właśnie Gist... - nie miał za grosz do niego cierpliwości dzisiaj – Powinieneś przynajmniej mieć jeszcze połowę z tego co Ci dałem poprzednim razem.
Nie tylko ja tak mam! - wzrok, błagalny wzrok pokierował w stronę załogi – Prawda Panowie?
Załoga pokazała jak wiele pieniedzy im zostało po ostatnim. Wcale nie potrzebowali dodatkowego zasilenia. Oni wiedzieli jak się obchodzić z tym co dostają.
I jeszcze jedno Gist – złapał go za ubranie i do siebie przyciągnął – Dowiem się, że kupiłeś znów jakieś dziwne zioła i znów mi coś dosypujesz to kolejną sakiewkę będziesz żebrał na ulicy. Więcej nic ode mnie nie dostaniesz. Rozumiesz?
Tak Sha... Tak Panie Kapitanie – no przecież on nic takiego nie robił, chciał mu tylko pomóc – Czy znów gac...
Nie rób sobie pod górkę. Dobrze Ci radzę – odepchnął go od siebie – Idziemy w swoje strony. Każdy zajmuje się sobą. Widzimy się rano na statku – odwrócił głowę do załogi – Bawcie się dobrze.
Po tych słowach opuścił pokład. Jeszcze mu brakowało towarzystwa Gista przy rozmowie z Haythanem. Na coś by go namówił i cel odszedł by jeszcze bardziej niż miał. Ruszył od razu w stronę tłumu, do swojego domu zajdzie pod wieczór. Wbrew pozorom dawno go nie odwiedzał.
Mówiłem Wam! Kapitan jest jakiś podenerwowany. Za bardzo go denerwujecie! - Gist dalej swoje. Nie widział swojej winy.
Reszta go po prostu zlała. Zamiast ktokolwiek mu odpowiedzieć to poszli śladami Shaya i opuszczali statek. Nikt nie będzie tracił swojego cennego czasu wolnego na niego.
Im dalej byłam gospody tym bardziej cieszyłam się wolnością jaką miałam od tych wszystkich kłótni rodzinnych. Być może powiedziałam za dużo bratu, być może zle go potraktowałam lecz zasłużył sobie na to. Mógł siedzieć cicho i dzisiaj mnie nie denerwować. Rozglądałam się po mieście, bywaliśmy tutaj nie raz lecz tym razem czułam się jakoś dziwnie. Nie mogłam skupić myśli, wydawało mi się jakby miało się dzisiaj wydarzyć coś zupełnie niespodziewanego. Albo to moja głupia wyobraznia. Zmęczenie dni poprzednich i wszystkie nerwy odbijały się w ten sposób. Ludzie nie byli mną zainteresowani, robili swoje rzeczy, szli tam gdzie planowali. Mi głupiej się wydawało jakbym była przez kogoś obserwowana. Zatrzymałam się aby spojrzeć na siebie.
Pusto...
Szepnęłam. Najwyższa pora się ogarnąć, zrobić zakupy dla ojca i wrócić z powrotem do niego. Connor też raczej doszedł już do siebie. Może i jemu coś kupie... ojciec stawia. Wypadało by go przeprosić za to wszystko. Pomyśle gdy będę już na miejscu. Jak na razie trzeba się skupić na tym co mam kupić koniecznie. Ojciec by nie wybaczył jakbym wróciła bez chociaż jednego przedmiotu i w dodatku zapłaciłabym więcej niż on jakby poszedł. Trzeba się targować do ostatniej możliwej kwoty. Sknera jakich mało, niby mistrz i mógłby tak nie zwracać uwagi na pieniądze, a on na przekór. Im mniej wyda tym lepiej. Lepszy taki niż jakbym w ogóle go nie miała, mogłam nigdy nie poznać nawet i stworzyciela. Zazdrościłam bratu, poznał obydwu rodziców... mi nie było to dane i nigdy nie będzie. Matka albo nie żyje faktycznie albo nie chce mnie znać. Jakiś powód pozostawienia mnie był. Wątpię abym została odebrana siłą.
Tymczasem w gospodzie. Connor i Haytham milczeli, po wyjściu Sally żadnemu nic więcej do głowy nie przyszło by się odzywać. Popijali herbatę, a gdy się skończyła szukali wzrokiem czegoś do zajęcia myśli. Ich męska duma nie pozwoliła opuścić gardy, im wyżej tym lepiej. Młodszy Kenway powolutku zaczynał się łamać, on tak za długo nie umiał.
Dlaczego nie chcesz powiedzieć nic o matce Sally? - i również jego zaczynało to męczyć – Oszczędził byś jej wiele myśli.
Dopiero by się zaczęła tragedia synu – pokiwał głową jakby się sam zgadzał ze swoimi słowami – Dopóki ona nie zna prawdy jest bezpiecznie dla nas wszystkich.
Powiedz mi chociaż co się z nią stało, nie powiem jej – naciskał – Zachowam to dla siebie. Możesz mi zaufać.
Ona najpewniej nie żyje. Trupów się nie wspomina od tak – odpowiedział dla świętego spokoju niekoniecznie przemyślając co właściwie powiedział.
Nie wiesz czy ona żyje czy nie? - Connor nie ukrył w swoim głosie zdziwienia – Zabrałeś dziecko matce? - więc dlaczego jego nie zabrał, mógł zrobić to samo.
Ona umierała, po porodzie umierała. Wątpię aby ktokolwiek był w stanie uratować jej stan. Tak bardzo jakbym chciał żeby ona żyła to nie wyszło – musiał się teraz ze wszystkiego tłumaczyć.
By zostawić jej dziecko i zniknąć? To samo jak zrobiłeś ze mną? - wszystko po staremu, starszy Kenway nie miał w ogóle odpowiedzialności w sobie. Miał córkę przy sobie bo musiał – Więc dlaczego nie powiesz kim ona była?
Zadajesz dzisiaj za dużo pytań, Sally dowie się w swoim czasie. Kiedy będzie na to odpowiednia pora.
Jak będziesz umierał. Żeby nie miała do Ciebie żadnych pretensji... najlepsze rozwiązanie ojcze!
Haytham już nic nie odpowiedział. Zamiast tego z ledwością przewrócił się na zdrowy bok dając tym sygnał. Koniec rozmowy, ja idę spać, a Ty rób co chcesz dopóki siostrzyczka nie wróci do pokoju. Connor machnął ręką, nie będzie strzępił języka na niego. Do tej rozmowy jeszcze wrócą.
Shay podążał spacerkiem przez ulice miasta, ręce miał za plecami. Od czasów przepędzenia asasynów, czuł się tutaj zupełnie bezpieczniej. Jakby to było jego miejsce w którym mógłby już zostać na stałe. Gdyby tylko nie te myśli i wizja wybicia Bractwa co do jednego... może na starość, o ile dożyje, będzie mógł zaznać troszkę spokoju. Dzieciaki przebiegły niedaleko niego, być może nawet by się doczekał... nie. Jego miłość nie żyje, a wraz z nią wszystkie pozytywne uczucia jakie mógłby okazać innej. Jego serce jest zamknięte dla innej. Hope zostawiła w nim jedną wielką dziurę i nawet nie będzie próbował jej niczym załatać. Zemsta. To jest to czym powinien się kierować w swoim życiu.
Nowy Jork dzisiaj nie był tak bardzo zatłoczony, ludziom nie spieszyło się do wyjścia z domów lub też dokonali to już wcześniej i teraz mogą cieszyć się swoimi kątami w spokoju. Cormac w pewnym momencie się zatrzymał. Przed oczami przeleciała mu kobieta, to jak duże je zrobił. Pokręcił głową na boki parę razy. Nie... on sprawdzał to miasto! Tu nie ma kobiet podobnych do jego ze snu! Zamiast skupić się na czymś innym, przyspieszył kroku i szedł za nią, starał się ją dogonić. Przepychając się przez ludzi nie myślał o czym innym niż zatrzymaniu jej. Zapytaniu kim jest. Może i miał zwidy, może to znów był sen. On musiał to sprawdzić za wszelką cenę. Rozwiązanie jego problemów jest przed nim, miał taką nadzieje. Skończyły by się jego bezsenne noce, Gist przestałby mu dokuczać. Zapatrzony w swój cel wpadł na mężczyzne.
Gdzie łazisz?! - krzyknął – Uważaj Pan na swoje kroki! Inaczej zęby pogubisz!
Nie zawracaj mi głowy – odepchnął go od siebie jeszcze bardziej – Nie widzisz? Jestem zajęty
Zaraz Ci łep rozwalę!
Shay odpuścił dalszą rozmowę, przez nią stracił swój cel sprzed oczu! Najgorsze co mogło się stać! Z szybszego kroku zmieniło się na bieg. Ona nie mogła mu za daleko odejść! Nie w tak krótkim czasie, biegł na oślep. W kierunku w którym myślał, że ona mogła pójść. Oddał by wszystko, o tej porze wszyscy się kierują na targ.
Gist jako ostatni opuścił pokład, za nim z niego zszedł dopadł się Kajuty Kapitana. Przeszukiwał rzeczy, szukał rzeczy która byś może zakłóca sen Kapitana. Jak nie gacie i problemy z ciałem to musi być urok szamanki. Nie ma innej możliwości. Po bez owocnej walki z rzeczami wyszedł podłamany, nie tak chciał żeby się skończyło. Ryzykował wiele, a i tak wychodzi z niczym. Musi szukać dalej.
Gacie na pewno są w porządku... ubrania też ma dopasowane do siebie... broń... - olśniło go nagle – To nie gacie! To pas od broni albo sama broń go uwiera i dlatego! Jego cenne klejnoty są w potrzasku! Ja mu muszę pomóc!
Miał już nowy cel, zamiast skupić się na chlaniu i dziewkach on idzie kupić nowy pas. Nic nie będzie uwierało Kapitana nigdzie! Był tak podniecony planem, że zamiast zejść normalnie jak wszyscy ze statku to wleciał do wody.
Jestem genialny! - wykrzyknął.
Ludzie się patrzyli jak na wariata. Był jedynym przybyszem ostatnich dni na którego ludzie stąd zwracali uwagę, mieli go za wariata choć większość dopiero co widziała go na oczy. To już była sztuka w jego wykonaniu.
Biegnę na ratunek Kapitanowi! - miał swoje szalone pomysły w głowie.
Czułam wzrok na sobie coraz bardziej, jakiś wygłodniały wilk się na mnie gapił. Oglądałam się za siebie, cały czas migał mi tylko jeden człowiek. Reszta nie zwracała uwagi. Zaczęłam szybciej iść, zapuszczać się w coraz bardziej zatłoczone alejki by w końcu wejść na budynek kiedy miałam pewność iż mnie nie widzi. Był zajęty rozmową z kimś. Zamiast iść dalej to poczekałam, wilk stanie się ofiarą. Rzuciłam się do biegu gdy on zaczął biec, musiałam się dowiedzieć co on ode mnie chce. Pierwszy raz miałam taką sytuację w życiu. Kiedy on zwalniał, zwalniałam i ja. Byłam jego cieniem dopóki się nie zatrzymał. Widziałam jak rozglądał się nerwowo, jego zachowanie było dziwne. Tym bardziej chciałam wiedzieć o co mu chodziło.
Korzystając z okazji jego rozkojarzenia zeskoczyłam na niego z budynku. Powalając go na plecy, mając jego ciało między nogami wysunęłam ostrze i przyłożyłam do szyi. Templariusz... ojciec musi go znać.
Czego ode mnie chcesz? - zapytała o dziwo spokojnie, nie miałam nic do niego. Bardziej do sposobu w jaki mnie śledził.
Na odpowiedz musiałam długo czekać, mężczyzna patrzył mi się w oczy, odwzajemniałam to. Widziałam w jakim jest zakłopotaniu, niedowierzaniu. O co mu do licha chodzi? Otwierałam usta by zapytać jeszcze raz o to samo.
Hope? - Shay ledwie wydał z siebie jedno zdanie, był w szoku, Hope nie żyje do jasnej cholery! Osobiście ją zabił... to nie mogła być ona.
Hope? - przechyliłam głowę na bok – Z kimś mnie Pan pomylił – dodałam od razu, on musi być chory psychicznie na to wychodzi.
To nie możesz być Ty... - był jak w transie, wpatrywał się w oczy dziewczyny, oczy kobiety ze snu, oczy jego ukochanej Hope. On śni na jawie... do tego krzyżyk na szyi – Hope zginęła jakiś czas temu...
Sam sobie Pan odpowiedział na pytanie, ja nią nie jestem – ten dzień jest naprawdę powalony – Musi Pan odpocząć.
Kim Ty jesteś? - wydukał.
Chcąc się przedstawić poczułam lufę na tyle głowy, tacy jak on widocznie nie chodzą sami. Schowałam ostrze uważając by go nie zranić, nie był wstanie mi zrobić krzywdy.
Jeszcze jeden ruch a stracisz łep – Gist tym bardziej czuł się jak bohater, pomaga swojemu towarzyszowi podróży!
Ja właśnie się żegnałam z tym Panem – ostrożnie zeszłam z mężczyzny – Nie będziemy sobie więcej wchodzić w drogę – uśmiechnęłam się do tego drugiego – Na przyszłość... proszę go bardziej pilnować. Jeszcze zrobi coś czego będzie żałować.
Bo zaraz ja zrobie coś czego będę żałować – kapelusznik nie chciał kobiecie za szybko odpuszczać – Jeśli Ci życie miłe to stąd odejdz.
Taki miałam zamiar, proszę się aż tak nie denerwować – co za ludzie... ten to też pewnie po naszej stronie. Tylko czemu z bronią? Ah no tak... sama wyleciałam uzbrojona w kierunku jego kolegi.
Dopiero możemy zacząć się denerwować i zrobi się nie miło.
Domyślam się i tutaj będzie najlepiej zakończyć całą rozmowę, im mniej czasu sobie poświęcimy tym lepiej dla każdej ze stron. Tak więc życzę Paną udanego pobytu w mieście jak i miłego, pełnego wrażeń dnia! Do zobaczenia mam nadzieje, nigdy!
Pomachałam im i rzuciłam się w bieg, dalej nie będę w ich towarzystwie. Muszę się ojca zapytać kto to był. Jako mistrz powinien przynajmniej kojarzyć swoich ludzi. Być może.
Komentarze
Prześlij komentarz