Niewinność

 

Na jednym z osiedli mieszkała trzyosobowa rodzina. Było ich to trzecie w kolejności mieszkanie. Co wieczór powtarzali tą samą zabawę aby być w stu procentach pewnym iż w razie konieczności, pójdzie po ich myśli. Zaraz z samego rana kobieta wyszła z domu do pracy pozostawiając męża oraz ich trzyletnie dziecko. Za każdym razem gdy opuszczała swoich bliskich dopadał ją strach, obawa o życie. Czy ich jeszcze zobaczy? Czy aby na pewno są bezpieczni pod dachem kamienicy. Za nim znikała za zakrętem oglądała się za siebie, była czujna. Nigdy nie wiadomo co się stanie kiedy się odwróci, kiedy straci czujność.




Ojciec wraz ze swoim pyzatym dzieckiem siedzieli w kuchni przy stole. Nie skończyli śniadania. Mężczyzna popijał herbatę, co jakiś czas zerkał na swojego potomka tak jakby się zastanawiał nad jego przyszłością. Według niego nie było na to zbyt wcześnie, czasy zmusiły go do wielu przemyśleń. Otwierał usta by coś powiedzieć lecz rozległo się pukanie do drzwi. Zerwał się momentalnie z krzesła o mało go nie przewracając.


  • Pamiętaj w co się bawiliśmy,


Powiedział szeptem i schował się w swojej od dawna ustalonej kryjówce. Było to jedynie miejsce w domu w którym mógł się czuć bezpiecznie. Chłopiec pokiwał głową na znak zrozumienia słów ojca, odłożył kromkę chleba z powrotem na talerz i zeskoczył ze swojego krzesła. Podszedł do drzwi i oparł na nim swoje malutkie rączki. Pukanie nastąpiło po raz kolejny. Tym razem było agresywniejsze, drzwi zatrzęsły się.


  • Kto tam? - zapytał spokojnym ale nie cichym głosem. Nie usłyszał odpowiedzi, cofnął się o parę kroków w tył – Zaraz otworzę!


Krzyknął po czym pobiegł do szafki, miejsca spotykania klucza. Za nim go jedna wyciągnął rozejrzał się po pomieszczeniu. Cały czas myślał iż to zabawa, że rodzice chcieli bawić się z nim za dnia, a nie jak zawsze kiedy słońca nie było na niebie. Nowy rodzaj zabawy, to mama puka do drzwi. Dlatego nie usłyszał odpowiedzi.


  • Za moment otworze! Szukam klucza!


Odezwał się w momencie w którym trzymał klucz w dłoni. Był z siebie dumny, robi wszystko tak jak miało być. Nie popełnił do tej pory żadnego błędu, ale czy na pewno? Ojciec nie dawał żadnego znaku życia. Siedział cicho niczym mysz pod miotłą. Dziecko nie zdążyło podejść do drzwi aby je otworzyć. Zamiast dzwieku przekręcania klucza usłyszał strzał, a zaraz po tym trzask łamania drewna. Stanął w przerażeniu patrząc jak dwójka w oliwkowym mundurze widocznie zniecierpliwiona dostawała się do środka. Za raz za nimi wszedł młody, dobrze zbudowany mężczyzna o aryjskich rysach twarzy. Odziany w czarny, idealnie skrojony mundur. Na kołnierzu z prawej strony widniały charakterystyczne runy świadczące o przynależności do szwadronu śmierci ~ Schutzstaffel. Z kolei na lewej ręce nosił czerwoną opaskę z czarną swastyką w białym kole. Oficer podszedł do dziecka i ukucnął. Przyjrzał się jego niebieskim oczom.


  • Jesteś sam? Gdzie Twoi rodzice? - zapytał przyjaznym tonem głosu, jego dwóch współpracowników rozglądało się po mieszkaniu.

  • Mama poszła do pracy – odpowiedział zgodnie z prawdą, obawiał się nieznajomych. Ich wtargnięcie do domu było czymś dla niego nowym, tego nie było w zabawie.

  • A Twój tata? - dopytał.

  • Tata umarł – odpowiedz była jeszcze szybsza niż poprzednia. Dziecko czuło jak serca zaczęło mu bić mocniej. Parę niekontrolowanych łez popłynęło po policzkach.

  • Umarł? - powtórzył ze zdziwieniem. Zsunął z dłoni skórzaną rękawiczkę odsłaniając pierścień spoczywający na jednym z palców i wyciągnął ją by otrzeć powstałe łzy. Opuszkami palców przesunął po skórze trzylatka.

  • Tak tata umarł – wzdrygnął się czując dotyk mężczyzny – Mama dopiero wyszła do pracy... - gubił się w swoich słowach. Był zdezorientowany zaistniałą sytuacją.

  • Dobrze dobrze – podniósł się zakładając rękawiczkę z powrotem. Światło padało na trupią czaszkę na czapce – Przeszukać mieszkanie – wydał rozkaz.


Mężczyźni bez słowa zaczęli poszukiwania od pokoju. Wyrzucali rzeczy z szafek, półek. Nie patrzyli na to co robią. Niszczyli wszystko co wpadło im w ręce. Wyglądali jakby to nie był ich pierwszy raz, zajmowali się poszukiwaniem profesjonalnie. Oficer podszedł do okna, odgłos stukania obcasów o podłogę roznosił się po całym mieszkaniu. Odsłonił firankę by wyjrzeć przez nie na ulice. Okolica była spokojna, ludzie w pośpiechu pochłaniali drogę. Dziecko stało w tym samym miejscu, podążał wzrokiem za mężczyzną z którym rozmawiał. Nie rozumiał co się dzieje. Przełknął ślinę i postanowił raz jeszcze o coś zapytać. Ruszył w jego stronę ściskając dłonie w małe piąstki.


  • Mamy go! - wydobył się głos z sąsiedniego pomieszczenia, mundurowy z zadowoleniem przyciągnął ojca dziecka. Pchnął go z dużą siłą przez co wylądował na kolanach – Co mamy z nim zrobić?

  • Spokojnie – gestem dłoni pokazał aby się uspokoił i odsunął – Mam do niego parę pytań – uśmiech wepchnął mu się na twarz. Powolnym krokiem z rękami splecionymi za plecami podszedł do poszukiwanego mężczyzny – Chodzą słuchy, że Pan nie żyje

  • Zostawcie moje dziecko – głowę miał podniesioną wysoko, nieważne co się z nim stanie, ważne co będzie z jego potomkiem – Nic Wam nie zrobiło!

  • Oh jaki odważny. Powiesz nam gdzie resztą Twoich przyjaciół i zostaniesz przy życiu, a dziecka nie dotkniemy – obserwował kątem oka co się dzieje naokoło niego, musiał mieć wszystko pod kontrolą.

  • Jestem sam – nie czuł strachu, wybył się tego uczucia przez miesiące przebyte na ucieczce – Nie mam przyjaciół.

  • Każdy tam mówi – westchnął i uderzył przesłuchiwanego z otwartej dłoni – Ostatecznie wychodzi na co innego. Ponawiam pytanie, gdzie są Twoi przyjaciele?

  • Nie mam przyjaciół – uderzenie spowodowało napływ wściekłości, niekontrolowanej wściekłości – Wynoście się z mojego domu niemieckie ścierwa – splunął na buty oficera.


Mężczyzna nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się szerzej podnosząc mężczyznę za ubranie do góry. Poprawił ułożenie tkaniny na jego ciele po czym ułożył dłonie na ramionach. Patrzył mu się w oczy, widział w nich tą nienawiść skierowaną do jego pobratymców. To go tylko bardziej nakręciło.


  • Zła odpowiedz.

Zaciągnął go na krzesło. Cisnął nim w drewniane siedzisko. Jeden z towarzyszy podał mu swój własny pasek którym zablokował ręce przesłuchiwanego. Rozkazy z góry były jasne, mało konkretne przez co mógł robić co mu się podoba.


  • Dalej będziesz taki uparty? - zapytał stojąc zaledwie parę centymetrów – Możesz powiedzieć co wiesz na temat swoich przyjaciół.

  • Nie mam ich. Mam rodzinę – nic nie robił sobie z tego co go spotkało, obawiał się o życie swojego potomka.

  • Wasza lojalność zaczyna mnie przerażać – uniósł głowę mężczyzny za podbródek – Na pewno nie chcesz odpowiedzieć na pytanie?

  • Mam rodzinę – cieszył się w duchu nieobecnością żony. Ona była bezpieczna w swojej pracy.

  • Czyli nie chcesz współpracować. A szkoda – wymierzył cios zaciśniętą pięścią w twarz po tym jak go puścił.


Uderzenie nie było jeszcze na tyle mocne aby krzesło się wywróciło. Przywołał swego towarzysza aby podniósł i trzymał je na wszelki wypadek. Oficer był widocznie rozbawiony możliwością katowania ojca dziecka. Obijał jego twarz, na skórzanych rękawiczkach pozostawały ślady krwi. Odsunął się od ledwie przytomnego więźnia.


  • Będziesz odpowiadał na pytanie? - zapytał za nim zabrał się za kolejny atak – Będziesz grzeczny?

  • Idźcie do Piekła – odpowiedział ledwie słyszalnym głosem, krew spływała po jego twarzy spadając prosto na ziemie. Ostatkami trzymał się przytomności. Nie mógł teraz jej utracić, jego syn wciąż pozostawał w niebezpieczeństwie.

  • Oficerze co mamy z nim zrobić? - stojący niedaleko żołnierz oczekiwał na rozkazy ze strony swojego przełożonego.

  • Pilnujcie dzieciaka. On jest mój – położył dłoń na jego głowie – Dla Ciebie nie ma ratunku – pociągnął ją by uderzyła o stół, złamał mu najpewniej nos. Do jego uszu doszedł okrzyk bólu. Coś na no czekał. Poprzednie odgłosy nie były tym co sprawiało iż uwielbiał swoją pracę – Zadziwiająco długo się trzymasz.


Żadna odpowiedz nie padła. Złapał za włosy by unieść głowę i z powrotem pociągnął. Pilnował się mimo wszystko. Zabicie przedwcześnie swojej zabawki było czymś czego nie chciał. Spod materiału czarnego mundur dobył broń. Idealnie mieszczący się w dłoni pistolet. Długo czekał na swoją kolej. Bez wahania oddał pierwszy strzał w lewą stopę żyda. Oczekiwał jakiejkolwiek reakcji, drugi sztrzał padł stosunkowo szybko. Wycelowany w drugą stopę.


  • Milczenie nic Ci nie pomoże. Powstrzymywanie krzyków również.


Złapał za oparcie krzesła wolną dłonią i sprawnym ruchem pociągnął. Mężczyzna runął na podłogę. Nie miał siły uciekać. Szukał wzrokiem swojego dziecka. Próbował mu przekazać by uciekł jak najdalej może. Zbyt długo nie będzie wstanie zwracać uwagi Niemców na swojej osobie. Łzy zbierały mu się w oczach. Inaczej wyobrażał sobie dzisiejszy dzień. Wydał z siebie krzyk czując jak mundurowy staje na jego brzuchu jedna nogą opierając na niej cały swój ciężar. Łapczywie łapał oddech, krew spływała na oczy. Nie mógł ich mieć zbyt długo otwartych.


  • Nie krzywdźcie mojego syna... - rzekł błagalnie, wizja śmierci zaczynała go łamać. Martwy straci możliwość obrony bliskich – Proszę...

  • O Pan błaga? - zaniósł się cichych śmiechem sprawdzając ile kul zostało w magazynku – Teraz błaga żydowska hołota?

  • Proszę... ma dopiero trzy lata... - mógł nazywać go kim chce byle nie przyszło mu na myśl krzywdzenie dziecka – Jest za mały...


Niemiec pokręcił głową na boki. Wycelował pistolet i oddał kolejne dwa strzały. Obydwa trafiły w gardło. Zszedł z niego sięgając do kieszeni. Wyjął z niej materiałową chusteczkę i wycierał zabrudzone szkarłatem rękawiczki. Broń tymczasowo wróciła na swoje miejsce. Odwrócił się by zobaczyć co z synek którego ojciec do końca próbował obronić. Maluszek stał w miejscu zalewając się łzami. Postanowił do niego podejść. Im bliżej podchodził tym chłopiec się odsuwał. Trwało to dopóki nie napotkał na swojej drodze ściany. Droga ucieczki została odcięta.


  • Nie obawiaj się mnie – pochylił się opierając dłonie na swoich kolanach – Twój tatuś zasłużył na śmierć wiesz? - uśmiechnął się – Sam powiedziałeś, że ojciec nie żyje.

  • Kazali mi tak mówić... - wydukał – Tata codziennie się ze mną bawił... miałem otwierać drzwi... - trząsł się ze strachu. Łzy a raczej krople przybrały postać grochu.


Za nim Niemiec odpowiedział do mieszkania weszła kobieta. Matka dziecka. Zapomniała z domu paru rzeczy. Nikt z sąsiadów nie był wstanie ją ostrzec. Na zastały widok zamarła. Pochwycona przez żołnierzy patrzyła na ciało męża by po chwili szukać swojego dziecka. Głośny płacz szybko pomógł jej go zlokalizować.


  • Zostaw moje dziecko! - krzyknęła próbując się im wyrwać – Ani się waż go dotykać!

  • Mama... - chłopczyk chciał się do niej przytulić, wypłakać lecz na drodze wciąż stał oficer ponownie z bronią w dłoni.


Zaczynało go powoli nudzić. Wciąż te same schematy. Uznał, że nie mają zbyt wiele czasu. Jego cierpliwość dobiegła końca. Wyciągnął rękę przed siebie. Wyglądał jak rasowy zabójca, którym z reszta był od dawna. Dowódca małego odłamu szwadronu zajmujący się odszukaniem i zabiciem zbiegłych żydów oraz ich rodzin.


  • Miło było Panią poznać. Przez takich jak Wy mój syn nie żyje.


Westchnął i oddał kolejny strzał. Zabił kobietę od razu co było do niego niepodobne. Jego nienawiść do żydów, nie płynąca z rozkazów zaczęła się w momencie w którym własny syn zginął w komorze gazowej. Nie obwiniał siebie ani swojej rodziny. Tylko osoby będące z niższej rangi. Którzy byli podludzmi, kimś na czym nie było zawiesić oka. Mieli wieść dobre i spokojnie życie w Berlinie. Ale nie. Żydzi zemścili się zabierając mu to co cenił najbardziej. Po pogrzebie sam sobie obiecał iż pomści śmierć synka. Historia obiła się o uszy innych oficerów, morale w armii wzrosty przez to jeszcze bardziej jak i sama nienawiść. Mało który żołnierz wykonał tylko rozkaz. Oni robili to z własnej, nie przymuszonej woli. Zabawiali się łapankami i katowaniem napotkanych ludzi przeznaczonych do eliminacji. Naród niemiecki staje się potęgą. Oficer pragnął by wszyscy żydzi odeszli z tego świata. Wszyscy by mógł położyć się spokojnie spać nie mając w głowie obrazu zamkniętych drzwi gazowni, a za nimi jego mały, przestraszony synek błagający o pomoc.


  • Dlaczego Pan zabił moich rodziców? - zapytał roztrzęsiony chłopczyk, widok martwych ciał nie zadziałał na niego zbyt dobrze – Mama i tata nic nie zrobili.

  • Zrobili wiele – odwrócił głowę w kierunku dziecka – Zamkniesz oczy na chwilę? - na twarzy mężczyzny ponownie pojawił się uśmiech.

  • Dobrze – zamknął owe oczy, dodatkowo ręce ułożył wzdłuż ciała tak jakby stał na baczność.


Rozległ się kolejny strzał. Nawet dziecko nie mogło zostać ocalone. Żołnierz schował dowód zbrodni i rozejrzał się po raz ostatni po pozostawionym pobojowisku.


  • Spalcie kamienice. Zrzucimy winę na żydów za pożar. Żadnych śladów.


Nie miał wyrzutów sumienia. Im mniej żydów na świecie tym lepiej. Zabijacie dzieci było czymś okropnym, ale nie dla niego. Dwójka żołnierzy wzięła się za rozpalanie ogniska na środku podłogi w salonie z kolei oficer powolnym krokiem kierował się ku dołowi. Dzisiejszego dnia zrobił więcej niż planował i może wrócić do bazy z dobrymi wieściami dla wyższego dowództwa.


  • Jaki ładny dzień.


Powiedział do siebie poprawiając czapkę oraz rękawiczki na których widniała zaschnięta krew.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marzenie

I. Jeden telefon

Głupiec