M. Rozdział II Misje

" A winda nie jest godna " - Steven Rogers  ~ Avengers - Age of Ultorn



~ Rose


Dosiadłam się do Clinta zaraz po tym jak doszłam do miejsca naszej układanki. Spojrzałam na pudełko leżące niedaleko, to musiały być te które dostał na urodziny, jedne z wielu pudełek. Próbowaliśmy Starka namówić aby mu całą fabrykę sprezentował lecz zbytnio się z czasem by nie wyrobił dlatego pomysł został odsunięty na pózniejszy termin. Może na kolejne urodziny bądz całkowicie inną okazję. Wzięłam pierwszego lepszego puzzla od obramowania do ręki i szukałam wzrokiem miejsca do dopasowania go.


- Jak na Ciebie to jakiś mały obrazek wybrałeś – posłałam mu delikatny uśmiech – Strasznie malutki.

- Mówiłem Ci, że nie mamy za dużo czasu, a chciałem go skończyć – przysunął kubek bliżej towarzyszki – Proszę o to Twoja ciepła herbatka.

- Ty nie masz czasu, ja mam jeszcze jeden dzień chorobowego – pokiwałam głową w podziękowaniu za herbatkę – Potem najpewniej mnie tutaj nie będzie przez jakiś czas. Z kim Ty będziesz układać?

- Znajdzie się ktoś lecz nie będzie w tym tak dobry – przyglądał się rozsypanym kawałkom na stole – Może daj sobie na wstrzymacie z kolejną misją. Ledwo co uszłaś z życiem.

- Clint jestem dorosną dziewczynką i wiem co robie – zakończyłam temat, co jak co ale z nim nie chciałam o tym rozmawiać, z nikim nie chciałam o tym rozmawiać.

- Z tym dorosłym bym się pokłóciła – Natasha usiadła naprzeciwko przyjaciółki – To nie Ty przypadkiem ostatnio zalałaś łazienkę bo się chciałas pobawić gumowymi kaczuszkami i żabkami?

- To było chwilowe! - nosz musiała o tym pamiętać... nic wielkiego nie zrobiłam... - Posprzątałam po swojej zabawie.

- Stark się wkurzył – dodał wesołym głosikiem jedyny przedstawiciel płci męskiej – Choć do tej pory nie wiem dlaczego przyczepił się o damską łazienkę.

- Nie zwracajmy na niego uwagi – wzięłam kolejnego puzzla i szukałam dla niego miejsca – Chris jeszcze nie wrócił? - tego to wysłać na zakupy... zaginie w akcji i wróci po paru dniach, dosłownie.

- Był, zostawił rzeczy i sobie poszedł bez słowa – pokręciła głową – Próbowałam z niego wyciągnąć gdzie idzie.

I nic nie powiedział. Ostatnio często tak robi – spojrzał na przyjaciółkę – Zapytaj Wandy może na będzie wiedziała gdzie poszedł.

- Clint chyba był samobójcą. Od razu było widać dlaczego dziewczyny za sobą nie przepadają, a on jeszcze wspomina o jednej z nich w obecności drugiej w temacie chłopca za którym latają. Wzięłam kubek do ręki aby nie uczestniczyć w dalszej wymianie zdań i wtedy zauważyłam idącego Kapitana. Miałam z nim porozmawiać tylko okazji jakoś mi brakowało. Po upiciu łyka odstawiłam kubek na miejsce.

- Układajcie sobie dalej, za moment wróce. Muszę z nim pogadać – podniosłam się po tych słowach podążyłam śladami jasnowłosego.


Agent Barton wydawał się być zdziwiony, tak nagle przyszła i nagle sobie poszła. Aż nie podobnego do niej.

- Ja o czymś nie wiem? - zapytał zdezorientowany trzymając puzzla w dłoni.

- Sama nie wiem o co chodzi. Nic mi nie mówiła – wzruszyła ramionami – Może mają jakąś swoją małą tajemnice.

- Być może – postanowił długo głowy tym sobie nie zaprzątać. Były inne sprawy, puzzle.


Szłam w znacznej odległości za nim. Raczej się nie zorientował iż chciałam z nim porozmawiać, a ja nie chciałam się drzeć na korytarzu by się zatrzymał. Przyspieszyłam jedynie kroku by go nie zgubić. Kapitan był sprytny i chcąc nie chcąc potrafił znikać z oczu kiedy się tego najmniej spodziewaliśmy.

- Steven – lekko podniosłam głos w momencie jak chwytał za klamkę – Możemy porozmawiać? - oby miał czas i ochotę...

- Jasne – otworzył drzwi i pokazał dłonią aby dziewczyna weszła do środka – Masz coś złego na myśli?

- Nic z tych rzeczy – uśmiechnęłam się i weszłam do środka. Jego pokój zawsze mnie zadziwiał, jak można nie mieć w nim nic czym się interesuje. Pustka panowała tu od samego początku jego wprowadzenia – Chociaż może zejść na coś złego.

- Oh oby nic bardzo złego – zajął miejsce na łóżku i pociągnął ją by usiadła obok niego – Chodzi o Twoją misję?

- Tak jakby... - skąd on miał taki dar... przewidywał wiele rzeczy i wez coś tutaj przed nim ukryj - Nie powiedziałam o wszystkim w raporcie – miałam milczeć lecz jeśli on mi pomoże go odnalezc będzie dobrze – Teraz nie daje mi to spokoju.

- Możesz iść poprawić raport. Fury nie powinien krzyczeć jeśli nie jest to coś bardzo ważnego, a utajnionego przez Ciebie – odpowiedział spokojnie, analizował sytuacje w głowie.

- Nie o to mi chodzi. Chce odnalezc osobę która o mało mnie zabiła. Chce się dowiedzieć kim jest i dlaczego planował zrobić mi krzywdę. Tylko... - urwałam, myślałam, że ciężej będzie mi się przyznać – Potrzebuje kogoś z kim będę mogła go poszukać... Clint jest zajęty, a dziewczyny za nic nie pójdą bez Chrisa. A jego nie chce brać ze sobą – ponownie urwałam, ciekawe czy nadążał za tym co chce powiedzieć.

- Z samego rana zapytam czy mogę wyruszyć z Tobą na misje która będzie miała drugie dno. O to Ci chodzi dokładnie?

- Tak Steven o to mi chodzi – cóż szybko się zgodził... on jako jedyny był skory do podjęcia ryzyka bez przemyślenia tego – Żadne z nas nie umrze, jeśli zacznie się robić gorąco darujemy sobie poszukiwania.

- Byle z dala od Starka – uśmiechnął się delikatnie – Jak jego nie będzie mogę nawet i gorącej chwili brać udział.

- No tak. Byle bez niego – wstałam z miejsca – Dziękuje za pomoc z góry. Być może nic nam nie wyjdzie, ale jestem dobrej myśli... nie zawracam Ci więcej głowy. Wracam układać puzzle, a Ty rób co tam chcesz.


Dodałam i udałam się do drzwi. Widziałam po nim iż nie może się doczekać rana. Był typowym żołnierzykiem i z tego w sumie zasłyną. Lepszego towarzysza nie mogłam sobie znalezc. Oczywiście lepszym był tylko agent Barton. Nie to, że byłam w nim zakochana, myśmy dobrze ze sobą żyli. Głównie przez układanie puzzli. Podczas takowej układanki można wiele się dowiedzieć i porozmawiać również na sporo tematów.


- O Chris! - krzyknęłam i pomachałam do niego – Co Ty masz taką niezadowoloną minę? - musiał wrócić wcześniej najwidoczniej.

- Nie Twoja sprawa – minął dziewczynę nawet na nią nie patrząc – Nie odzywaj się do mnie lepiej

- Jasne...

I temu coś się stało, jejku jak tak dalej pójdzie to wszyscy będą chodzić naburmuszeni i do nikogo się odzywać nie będą. Jak dobrze mi wyjazd zrobi z osobom którą jako ostatnią bym podejrzewała o coś takiego.



~ Lisa


Sama sobie próbowałam odpowiedzieć na pytanie czemu nie odeszłam zaraz po tym jak Kapitan poszedł. Tkwiłam przed telewizorem wraz ze Starkiem. Po pierwszej próbuje podrywu zamilkł skupiony na swoim telefonie, ja w tym czasie przeskakiwałam z kanału na kanał. Zerkałam co jakiś czas na zegarek. W środku nocy miałam wybrać się z puzzlo-manem na misję. I podobno sam Iron-man miał nam towarzyszyć z czego mniej się cieszyłam. Sam charakter misji nie był mi znany, panowie wiedzieli więcej na ten temat niż ja sama. Niby mogłam skorzystać z okazji i się teraz podpytać lecz czy aby na pewno? Zerknęłam na niego, był mocno skupiony w swoim telefonie. A jak się odezwę zaraz zacznie swoje gierki.


- Po co mam się zabrać z Wami do Waszyngtonu ? - trzymałam poduszkę na kolanach aby go w razie czego zdzielić jakby sobie na za dużo pozwalał.

- Im nas więcej tym weselej – odpowiedział wpatrzony w telefon – Krótka misja, każdy robi co innego na wspólne konto by wygrać. Poradzisz sobie.

- Że co? - zdzieliłam go ową poduszką po głowie – Zarzucasz mi, że się nie nadaje do misji?

- Tak właśnie tak – złapał się za głowę – Nie bij mnie czymś co może zabić. Mam sporo rzeczy co zrobienia.

- Jesteś bezczelny wiesz? - rzuciła go w nią dodatkowo i się podniosłam – Świnia i żaden z Ciebie przystojniak!

- Ale tak uważałaś – uśmiechnął się odkładając broń zakłady na bok – Mówiłem Ci wiele razy o kolacji, wyjściu na spacer, wyjazd we dwoje. Mam dalej wymieniać ? - schował telefon do kieszeni.

- Nie wiem co to ma do rzeczy – musiałam się odsunąć aby mu krzywdy nie zrobić, byłam z tego tutaj znana. Wielu obrywało.

- Ma bardzo dużo – sam się podniósł i stanął bliżej niej – Jakbyśmy gdzieś wyszli nasze relacje były by na odpowiednim poziomie i byś się nadawała na misje. To nie jest żadna przedszkolna rozgrywka. To coś o wiele ważniejszego.

- Tony coś Ci powiem... - położyłam dłoń na jego torsie – Coś co usłyszysz pewnie nie raz... - zacisnęłam ją na koszulki i przyciągnęłam do siebie szybkim ruchem – Tknij mnie w jakiś sposób a zabije – puściłam go – Łapy przy sobie dobrze?

Nie odpowiedział mi nic, był zdziwiony. Pierwsza co mu odmawiała w agresywny sposób? Być może. Miałam go po dziurki w nosie, gdybym chciała mu się do łóżka władować najpewniej zrobiłabym to od razu.

- Jak dobrze, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. Teraz wybacz. Pójdę poszukać drugiego towarzysza i dowiedzieć się co to za misja.

- Clint za dużo nie wie na ten temat – wrócił na kanapę i swojego telefonu – Nie był przeciez obecny na rozmowie wtedy.

- To się jeszcze okaże – westchnęłam cicho, musiał się do mnie odzywać... - Masz coś jeszcze do powiedzenia może?

Znów mi nie odpowiedział, zajął się swoim telefonikiem i sprawami najwidoczniej ważniejszymi. Jak tak całą misję będzie się zachowywał albo ją zawalimy albo będziemy musieli zostawić wszystko na barkach biednego agenta Bartona do którego zmierzałam. Słyszałam rano o układaniu puzzli. Choć swoja drogą gdzie indziej i co by takiego robił w wolny wieczór? Siedzi i układa potulnie układanki. Co jakiś czas się mu tylko osoby zmieniają do pomocy. Odwróciłam się na moment za siebie by sprawdzić czy ten dalej siedzi. Siedział bezruchu, po Kapitanie ani śladu. Moje rozkazy szły w bardzo dobrym kierunku. Się jeszcze w trójkę będziemy kłócić... tego nam naprawdę do szczęścia brakuje. Początki kłótni się już pojawiły, teraz pozostaje pociągnąć to dalej.


Słyszałam głosy dochodzące z jadalni, obydwa dobrze były mi znane. I znowu z jednego się cieszyłam, a z drugiego niekoniecznie. No nic trzeba będzie improwizować gdyby rozmowa zeszła na niewłaściwy tor. Podeszłam do stołu próbując się jako tako uśmiechnąć do nich, ładnie im szło z tym obrazkiem.


- Wezmiemy ze sobą małe puzzle. Takie do stu kawałków byś się nie nudzić – zaczęłam z lekkim rozbawieniem wpatrując w elementy chcąc im pomóc w układaniu – Gdzieś nawet leżały małe pudełka

- Nie będę miał na to czasu – zawiedziony siedział – Mam misje do wykonania. Beze mnie się pozabijacie na miejscu.

- Nie słuchaj go Liss – Nastasha odsunęła krzesło aby przyjaciółka miała gdzie usiąść – Tylko spuścicie go z oka i się zabierze za układanie.

- Przecież ja o tym wiem. Jak z Rose poleciał to w plecakach zamiast broni mieli układanki – zajęłam miejsce z uśmiechem – Dlatego ich dwa tygodnie nie było. I się pózniej tłumaczyli. Zgubiliśmy się. Jasne.

- Bo to prawda była – zostawił aż puzzla na stole – Myśmy skręcili nie w tą stronę co powinni i wyszło jak wyszło.

- Winni się tłumaczą Clint – szczerze mówiąc mało mnie obchodziło co robili i co między nimi jest, ale zabawa była przednia za każdym razem jak o tym wspominaliśmy.


Cóż... na parę minut zapadła między nami cisza. Tylko i wyłącznie dlatego iż do stołu dosiadł się Chris z cichym dobry wieczór. Atmosfera od razu zrobiła się napięta. Spoglądałam na nich chcąc wyczytać cokolwiek z ich twarzy lecz było to niezwykle trudne. Próbowałam się również skupić na układaniu jednakże i to nie wychodziło zbyt dobrze. Natasha siedziała jak na szpilkach, jej ukochany niedaleko, Wandy nigdzie nie ma. Może korzystać.


- Dokończcie beze mnie – agent Barton podniósł się z krzesła – I jakby Rose wróciła powiedzcie jej iż poszedłem się szykować – spasował dalsze siedzenie za nim zrobiło się gorzej niż było.

- Powodzenia. Byś tym razem nie trafił – rzucił wesołym tonem głosu Chris – Kiedyś musi nadejść chwila w której nie trafisz.

- Jak Ty zaczniesz trafiać więcej razy pod rząd niż dwa albo trzy to pogadamy – uniósł dłoń w geście pożegnania i wycofał się do wyjścia.


Musieli bardzo za sobą nie przepadać. Obecnie przy stole czułam się jak piąte koło u wozu. Ci na pewno chcieliby zostać sami, a bynajmniej jedna ze stron by chciała. Gdybym nagle poszła by to dziwnie wyglądało.


- Wiecie co. Pójdę jej powiedzieć oraz sama podskoczę się przyszykować. Wspólna misja to nie przelewki – uśmiechnęłam się delikatnie do nich – Mam nadzieje, że jak rano tu przyjdę puzzle będą ułożone.

- Być może – odpowiedziała – Albo zostawimy je specjalnie na Wasz powrót. Tej radości z położenia ostatniego kawałka nie będziemy mu odbierać.

- Dziecko musi mieć swoją zabawkę – bawił się jednym z kawałków – Inaczej o nim powiedzieć nie można.


Co dziewczyny w nim widziały... nienawidził praktycznie wszystkich z grupy i jeszcze uważał się za najważniejszego członka. Jakby miał co pokazać... ulotniłam się z pomieszczenia i w sumie powiedziałam im prawdę. Poszukam Rose a potem pójdę się spakować. Muszę się psychicznie przygotować na Starka oraz wziąć ze sobą bardzo mocną poduszkę jakbym miała go zabić za słówka czy czyny. Byłabym uniewinniona wtedy...i wiele kobiet by mi dziękowało.


Na następny dzień.


Eh jakbym wiedziała na co się piszę to bym się nie stawiła na miejsce zbiórki i potem powiedziała, że zle się poczułam. Stark przyszedł spózniony bo tak. Nie miał żadnego wyjaśnienia dlaczego się do licha spóznił z kolei Clint zrobił się małomówny i nie miał przy sobie puzzli. Mówił wtedy prawdę... tylko mi takie coś nie pasowało. Kurcze przecież wszystko jest inaczej. I jak ja mam się odnalezc? Jedynie korzystając z okazji mogę zacząć przekonywac Pana Playboya do Kapitana. Może by mi się coś udało.

Za nim zapakowaliśmy się do samolotu panowie sprawdzali czy zabrali ze sobą swoje zabawki. Ponoć mieliśmy odbić coś ważnego i wrócić. Stark jedyny wiedział po co lecimy i kretyn nie chciał nic na ten temat powiedzieć. Jakby to była jakaś wielka tajemnica... naprawdę mógłby cokolwiek powiedzieć, a nie tak wszystko trzymać w sobie.

Zadowolona nie byłam z obrotu sprawy i nie wierzyłam iż może być jeszcze gorzej. A stało się... wpadliśmy jak śliwki w kompot. Agent Barton musiał lądować pośrodku lasu, nawigacja nam się zepsuła, brak zasięgu. Zero możliwości naprawienia środku transportu. Siedząc na trawie patrzyłam jak szukali powodu dla którego maszyna nie chciała dalej ruszyć. O krok od tragedii byliśmy można rzecz.


- Panowie da się z tym coś zrobić? - zapytałam nieco poirytowana, szybka, prosta misja, a schodów w niej nie wiadomo jak wiele...

- Silnik kompletnie zniszczony. Parę śrubek wypadło albo specjalnie zostało wykręconych – odparł ze spokojem Clint – Dokładnie nie wiem co mogło się stać.


Stark wydawał się być najbardziej opanowany przez co był podejrzany. Podniosłam się i podeszłam do niego. Chwyciłam i energicznie pociągnęłam aby na mnie spojrzał.


- Coś o tym wiesz? - zapytałam trzymając ręce przy sobie, lepiej by nie był w ich zasięgu.

- Którym samolotem wybrała się laleczka i Kapitanek? - odpowiedział pytaniem.

- Skorzystali z publicznej komunikacji, a co to ma do rzeczy? Samolot nam się zniszczył... - pokręcił głową na boki.

- Czyli polecieliśmy moją niespodzianką dla nich... - westchnął cicho – Tego się nie da naprawić. Została nam piesza wycieczka.


Gdyby nie obecność trzeciej osoby to bym go rozszarpała. Musiał, nosz kurwa musiał kombinować! Mógł ich pozabijac i jeszcze by się z tego cieszył. Ich umiejętności lotnicze za dobre nie były. By sobie nie poradzili z awaryjnym lądowaniem i on jeszcze nie widzi w tym żadnego problemu... nienawidzę go to mało powiedzane.


- Stark jak zawalimy misje to będzie Twoja wina – krzyknęłam – I nie licz na jakieś łagodne lądowanie. Jakbyś nie miał ochrony już bym Cie zabiła – korzystając z okazji iż dostałam odrobinę zaufania przywaliłam mu z otwartej dłoni – Lepiej się zachowuj...


Po dziurki w nosie miałam jego towarzystwa i jeszcze przyszło nam iść pieszo. Najważniejsze iż nasz cel był w prostej drodze. Tyle udało nam się na mapie wynalezc. Jednak ktoś jeszcze w grupie myśli.


- Clint wziąłeś puzzle? - coś by się przydało na zabicie czasu kiedy nie będzie można iść dalej...

- Nie mam nic – sprawdził torby w celu sprawdzenia czy nikt nic nie podrzucił puzzlowego.


~ Rose


Wymeldowałam się ze Steven'em zaraz po tym jak Lisa i Clint wylecieli na swoją misje. Stark być może im pomoże, może nie będzie sprawiał jakiś problemów. Z przerzuconym paskiem od torby szłam na przystanek. Wybraliśmy komunikacje publiczną by nie wzbudzać podejrzenia. Mieliśmy misje opierającą się głównie na drugim dnie. Pierwotnie mieliśmy sprawdzić czy w Sokovii nic się nie dzieje, a przy okazji mogliśmy szukać odpowiedzi na moje pytanie. Jechaliśmy jako para przyjaciół, turystów, a nie agentów na rozkazach.


- Dasz radę na przystanku zrobić co należy ? - podróżowanie z dinozaurem epoki może być interesujące – Wiesz zmieniło się na pewno wiele od czasu wojny.

- Dam radę. Jechałem już do innego miasta. Do muzeum – uśmiechnął się będąc dumny z siebie – Nie jest wcale aż tak trudno.

- Niby nie – odwzajemniłam uśmiech towarzysza.


W sumie na przystanku poszło nam sprawnie. Musieliśmy dojechać na lotnisko. Stamtąd bezpośrednio do Sokovii i tam zaczyna się nasza misja. Szczęście nas nie opuszczało, autobus jechał praktycznie pusty. Wsunęłam się na miejsce przy oknie, torbę położyłam pod nogami i poklepałam miejsce obok siebie.


- By nikt się nie dowiedział po co tak naprawdę lecimy – obawiałam się tego... kto wie co by sobie pomyśleli. Wyjrzałam zza szybę, powrót w tamto miejsce... musieliśmy znalezc ślady by móc odnalezc morderce.

- Sprawne przekazywanie raportów powinno załatwić sprawę. Jeśli będziemy zbyt dlugo milczeć mogą zacząć robić się podejrzliwi – przyglądał się biletom lotniczym – Spokojnie Rose, damy radę.

- Nie wiem co zrobimy jak go spotkamy. Odpowiadać na pytania raczej nie będzie chciał. Był mało chętny do komunikacji. Wymamrotał coś po rusku i tyle pamiętam – gdybym zapamiętała słowa może jakoś sprawniej by nam poszło.

- Będziemy się tym martwić jak się natkniemy na tego kogoś – schował bilety by ich nie zgubić – Dlaczego ja? Lepszy kontakt masz chyba z Clint'em niż mną. Albo z Thor'em. Jego mogłaś wziąć.

- Thor szuka brata, a agencik... nie – zamilkłam – Wiesz potrzebowałam kogoś silnego. Oraz kogoś komu mogę zaufać. Stark by mnie pewnie wystawił. Chris wczoraj nie był skory do współpracy, a dziewczyny są zajęte czym innym. Oraz chciałam mieć miłe towarzystwo Steven.

- Stark by się nigdy nie zgodził na podróżowanie komunikacją miejską. Właśnie... mieliśmy przygotowany samolot. Czemu jego nie wzieliśmy? - olśniło go nagle – Oni nim polecieli prawda?

- Widziałam jak coś przy nim majstrował za nim zeszliśmy się na parter. Zachowanie ostrożności jeszcze nikogo nie zabiło. Jeśli oni nim polecieli mogli być zmuszeni zmienić plany co do misji – współczułam Lisie, tak bardzo nie lubi Iron-man'a i jeszcze przyszło jej z nim być tyle czasu – Powiedzmy, że tym razem nam się upiekło.

- Tak zwany limit szczęścia – zaśmiał się cichutko.

- Dokładnie tak. Limit szczęścia...


Oparłam głowę o jego ramie. Mój limit kiedyś się skończy. Mogłam ryzykować wszystkim by tylko znalezc osobę która chciała mnie zabić jak i odpowiedzi na nurtujące pytania.

- Daj znać jak będziemy na miejscu – szepnęłam zamykając oczy, zarwałam noc z tego wszystkiego.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marzenie

I. Jeden telefon

Głupiec