AC. IV Tajemnice

 

Shay nie dowierzał w to co się właśnie stało. Kobieta... był tak blisko aby się dowiedzieć kim ona jest. Wyjaśnienie jego sprawy było na wyciągnięcie ręki, a teraz ona odeszła. Za nim wstał minęło troszkę czasu, był w tak wielkim szoku. Za to Gist stał dumnie, przegonił napastniczkę choć powodów do dumy to nie koniecznie mógł mieć, on uznał ją jako zagrożenie, mężczyzna bojący się kobiety, nie uwierzył w to aby sam Kapitan sobie z nią poradził. A pro po Kapitana, spojrzał na niego i wyciągnął rękę w jego kierunku.


  • Dawaj Shay, nie mamy czasu – chciał mu pomóc wstać oraz spróbować na oko zmierzyć aby wiedzieć jak wielki pas ma kupić by nic go tam nie uwierało.


Cormac podniósł się sam, zignorował chęć pomocy swojego przyjaciela, za to chwycił go za ubranie i podniósł by przygnieść do ściany. Ten szok zamieniał się we wściekłość. Jak on tak mógł do jasnej cholery?!


  • Czy Ciebie Gist już do reszty popierdoliło?! - teraz się dopiero zacznie ich prawdziwa rozmowa – To był mój cel!

  • Ale Shay... ona Ci zagrażała, ona mogła Ci krzywdę zrobić! Ja nie mogłem na to przystać! - oczywiście będzie się tłumaczył. On łatwo skóry nie odda, nie przyzna się do błędu.

  • Kobieta miała mi zagrozić?! - zaśmiał się nerwowo – To jak zabierasz dziwki do pokoju to też jak są górą one Ci zagrażają?! - nawet nie przemyślał co powiedział.

  • To Ty chciałeś ją tak publicznie zaliczyć? Nie wiedziałem, że jesteś zwolennikiem brutalności – teraz to on był w szoku.

  • Zajebie Cie i nikt nie będzie za Tobą płakał – tracił resztki cierpliwości co do niego – Mój cel, za którym uganiam się tyle czasu właśnie uciekł. I to jest tylko i wyłącznie Twoja wina. Mogłeś się nie wtrącać.

  • Mogłeś mówić, chciałeś zaliczyć. Jednak nie rozumiem dlaczego wypatrzyłeś sobie akurat ciężką do zdobycia kobietę, nie musiałeś tylu mil przepływać aby jakąś zaliczyć. Wystarczyło mi powiedzieć – on był szczery.


Shay nie wytrzymał, pierw go puścił, a po tym sprzedał mu bardzo mocny cios w twarz. On nie miał za grosz powagi. Po tym wyciągnął szable, przyłożył jej koniec do pleców leżącego na brzuchu mężczyzny.


  • Masz ostatnią szanse Gist, po tym możesz się pożegnać nie tylko z pozycją ale też życiem – mówił praktycznie bez uczuciowo.

  • Tak jest Kapitanie... - chyba przesadził tym razem ze swoim zachowaniem, musiał skoro Cormac posunął się do takich czynów. Na wszelki wypadek się nie podnosił.

  • Widzimy się na statku. Nie wcześniej... okazuje się, że nasz pobyt tutaj się przedłuży – westchnął, będzie musiał pierw załatwić sprawę z Mistrzem, a potem zacząć jej szukać. O ile nie była tu tylko przejazdem.

  • Zrozumiałem... - przełknął głośno ślinę – Mogę mieć jedno pytanie?

  • Jak musisz – odpowiedział chowając szable oraz rozglądając się, może nie uciekła za daleko i będzie mógł ją spotkać po drodze.

  • Masz odpowiedni pas? Nie uciska nigdzie? - szybko jego pokorność zniknęła, on zaraz na nowo swoje.

  • Uznajmy... nie słyszałem tego pytania. Ty zapominasz o temacie. Lepiej skończ swoje durne domysły. Czasem bardzo ciężko jest powstrzymać ostrze – ponownie westchnął – Do pózniej Panie Gist.


Nawet nie czekał na żadną odpowiedz z jego strony, ruszył przed siebie z rękami za plecami znów. Spacerkiem dojdzie do miejsca w którym mieli się spotkać.

Zatrzymałam się na placu targowym, zgiełam się kładąc dłonie na kolanach próbując złapać większy wdech. Musiałam jak i chciałam uciec jak najdalej od nich. Nie rozumiałam co się stało przez tą chwilkę, jaka Hope? Kim on był? A ten drugi? Musieli mnie z kimś pomylić... spojrzałam na siebie w odbiciu kałuży, nic we mnie nadzwyczajnego nie było. Poza krzyżykiem na szyi, wprawdzie nie należałam do Zakonu oficjalnie, byłam znana jako córka Kenwaya, Mistrza. Na tym się kończyło. Connor był Asasynem... może moja mama również była i dlatego jej nie znam? Ojciec chciał dla mnie innej ścieżki? Być może i pozbawił ją życia. Żebym mogła być taka jak on... na syna nie miał już żadnego wpływu. Tylko czy ja jako córka, nie męski potomek mogę w ogóle się liczyć...


Rozejrzałam się po straganach, wyjęłam z kieszeni listę od ojca, nie była za długa. Dzięki temu szybciej wrócę do nich i będę mogła pytać. Moja radość była znikoma, sama zaczynałam dobijać się myślami. Nie ma mnie w Zakonie... wyda za jakiegoś Templariusza abym rodziła dzieci, następców. On jakimś cudem przeciągnie syna na swoją stronę, walki uczył tylko po to bym mogła się obronić i była bardziej atrakcyjna dla potencjalnych kandydatów. Jeden z nich... chyba właśnie na niego czekamy. Nasze żarty okażą się być prawdziwe. Czeka mnie smutne, długie życie kury domowej. Bez miłości i szacunku. O ile przeżyje pierwszy poród.


Pokręciłam głową na boki, nie mogę się aż tak bardzo dobijać takimi sprawami. Jestem jeszcze młoda i mogę się mylić. Wszyscy mamy błędne patrzenie na świat. Podeszłam do pierwszego straganu, potem do kolejnego i kolejnego, nie targowałam się szczególnie. Ceny były niskie jak na to co chciał ojciec. Będzie zadowolony z moich zdobyczy. Na chorobowym to on ma różne pomysły i zachcianki, odchodząc od ostatniego podniosłam głowę do góry. Znając życie w pokoju mój brat właśnie przechodzi piekło. Jak za każdym razem o tej porze.



Connor załamywał ręce widząc jak najstarszy Kenway się podniósł z łóżka i chciał się ubrać. No za każdym razem mieli to samo urwanie głowy z nim.


  • Teraz również go nie będzie – skomentował – Miałeś odpoczywać! W takim razie za szybko nie dojdziesz do siebie!

  • Jestem umówiony – Haytham również to samo powtarzał jak chciał wyjść – Czekam na mojego gościa, a Ty dzisiaj będziesz czekał na siostrę. Zgoda?

  • Nie będzie go dzisiaj, razem mieliśmy czekać na Sally – szukał wzrokiem liny, tego jeszcze z nim nie próbował. Dzięki temu zostanie staruch w łóżku, a damska część rodziny nie będzie aż tak głośno krzyczeć.

  • Będzie – był pewny – Dzisiaj jest dzień w którym będzie. Nie musicie czekać na mnie z herbatą, wrócę póznym wieczorem jak nie nocą.

  • Może nad ranem? - w głowie Connora pojawiła się myśl, ojciec jest zakochany i czeka na swoją ukochaną. Kolejne dziecko planuje zmajstrować, będzie ich więcej miał na głowie.

  • Nie, nie. Musicie poznać mojego gościa, między innymi po to tutaj płynie – uśmiechnął się nieświadomy tego o czym może sobie syn pomyśleć.

  • Zapamiętałem za pierwszym razem – przedstawić swoją ukochaną dzieciom... dobrze myśli. Tym razem podszedł do drzwi i je otworzył – Nie zabij się ani nie połam po drodze, moja tarcza musi być cała i zdrowa.

  • Zobaczymy jak będziesz pózniej mówił – zabrał płaszcz z krzesła – Teraz mówię do widzenia. Zaopiekuj się siostrą jak wróci.

  • Dobrze kochany tatusiu – plus zostania sam na sam z Sally, obgadają jego myśl na spokojnie.

  • Nie przesadzaj z herbatą! Można łatwo z nią przesadzić – dodał już na odchodne. Zamknął za sobą drzwi.

Shay nie odszedł za daleko, Gist zdążył go wyprzedzić. On natomiast się pochylił, na ziemi leżał krzyżyk. Podniósł go nieco wyżej aby się przyjrzeć. Musiała go zgubić co czyniło znalezisko idealnym powodem aby ją odnalezc i zwrócić oraz przy okazji dowiedzieć się paru rzeczy. Schował wisiorek do kieszonki, Templariusz... ostrze... była taka sama jak on? Również zdradziła Bractwo? Hope to na pewno nie jest... zabił ją osobiście jakiś czas temu. Była co najwyżej bardzo do niej podobna. Ruszył w dalszą drogę, do swojego domu zajrzy przy okazji tak jak zapowiedział. Często się łapał na powrotnych myślach w kierunku dziewczyny, wywarła na nim wrażenie. I to nie małe.. pierwszy raz również nie chciał jej zabijać. Od samego początku pojawienia się we snach miał jeden cel. Zabić za nim ona zabije jego, nawet jakby miała inne zamiary on wolał uprzedzić fakty. Miał jasno potwierdzony cel, zlikwidować, tak jak Asasynów. Gdy spotkał wyśniony obiekt myśli uległy zmianie. Serce jakby bardziej zabiło... to martwe, zniszczone przez Hope serce Shaya. On nie mógł sobie na nic pozwolić, kochał jedną kobietę, którą uśmiercił.


  • Jesteś potworem i na tym skończmy...


Powiedział sam do siebie, nawet gdyby, jakby założył pozytywny dla życia scenariusz to nie będzie nim zainteresowana. Takowy scenariusz się nigdy nie wydarzy więc on mógł przestać rozmyślać. Życie spędzi na polowaniu, potem na starość zatrzyma się na stałe w swoim domu. Wszystko tak jak zaplanował. Zatrzymał się niedaleko cmentarza, Haytham poczeka. On odwiedzi ludzi, którzy okazali mu wsparcie kiedy najbardziej tego potrzebował. Okazali się być rodzicami na pewien moment jego życia.



Kiedy znalazłam się w pokoju. Zastałam jedynie brata i to jeszcze bardziej podniosło moje ciśnienie. Jakim kuzwa cudem on jest sam?! Przecież dostał tylko jedno, jedyne zadanie. Miał pilnować ojca i nic więcej, rzuciłam rzeczy na stolik i patrzyłam się na niego oczekując odpowiedzi.


  • Hej Sally – przywitał się tak jakby nie wiedział o co jej chodzi – chyba spacer niezbyt na Ciebie wpłynął skoro jesteś taka zdenerwowana.

  • Gdzie ojciec? - zapytałam od razu – Gdzie on jest do licha?!

  • Wyszedł na jakieś ważne spotkanie, podejrzewam iż wypuścił Cię stąd tylko dlatego by wyjść – odpowiedz była tak prosta.

  • I Ty mu oczywiście na to pozwoliłeś – opadłam na łóżko, tylko tyle mogłam teraz zrobić.

  • Oczywiście, nie chciał się mnie słuchać to pozwoliłem mu wyjść – wzruszył ramionami.

  • Connor... oby nic mu się nie stało – westchnęłam leżąc na plecach patrząc się na sufit.

  • Skoro nie udało mi się go wtedy zabić to nic innego go nie zabije.

  • Dobra skończ...


Zaczęłam go ignorować, nie chciałam dalej słuchać o tym jak to chciał bardzo zabić ojca i ma go w dupie. Rozumiem jego zachowanie, co jednak nie zmienia faktu posiadania ojca, skoro mnie toleruje to i jego powinien po czasie zacząć... chociaż mniejsza... miałam ważniejsze sprawy na głowie. Skąd ten się ten mężczyzna znalazł.. dlaczego mnie pomylił i skąd mu się w ogóle to wszystko wzięło...


  • Siostra... - asasyn się odezwał któryś raz do niej czekając jak zareaguje.

  • Tak głupi bracie? - odparłam patrząc na niego, zmusiłam się.

  • Coś się stało jak byłaś na mieście?

  • Nie Twoja sprawa.


I po tym znów się rozmowa urwała. Ja nie chciałam mówić, a brat pewnie poczuł się z tego powodu urażony.


Pare godzin pózniej byłam już znudzona. Ojca dalej nie było, Connor zasnął na krześle, nie chciało mi się go budzić więc tak też spał. Między czasie przyszła do nas pani z jedzeniem oraz piciem. Również się zapytała czy nic nam nie potrzeba. Odmówiłam bo przecież wszystko mieliśmy, poza ojcem... no, ale wiadomo było. On tam kiedyś do nas wróci albo nas właśnie wystawił. Znów gdzieś uciekł. Wstałam z łóżka i wtedy się brat obudził, widziałam jak się zdezorientowany rozglądał. Jakby czegoś albo kogoś szukał.


  • Jeszcze do nas nie wrócił, musimy dalej na niego czekać jak na jakiegoś króla – odezwałam się jako pierwsza tym razem.

  • Nie dziwi mnie to, na niego zawsze trzeba było czekać.

  • Mamy czas... i tak nie wiemy po co nas tutaj zaprowadził. Lub też czekamy jak wyzdrowieje.

  • Badz uciekł – uśmiechnął się dość nikle.

  • Też o tym pomyślałam – mój uśmiech był nieco większy, widać było jak bardzo się z bratem dogadywałam.


Przez kolejną godzine rozmawialiśmy o tym gdzie nasza głowa rodziny mogłaby uciec, nie doszliśmy do żądnego porozumienia także rozmowa trwała dalej w najlepsze aż do momentu otworzenia się drzwi. Oboje zerknęliśmy w ich kierunku. Haytham wszedł jakby niby nic, jakby nie było go raptem parę minut, nie parę godzin. Całkowicie wyluzowany, nic takiego się nie działo przecież.


  • Jestem – przywitał się z nimi jakby wrócił z jakieś wielkiej wojny.


Obydwoje już mieliśmy na niego krzyknąć i zrobić mu awanturę lecz wtedy do pomieszczenia weszła jeszcze jedna osoba. Na jego widok zamarło mi serce, a oczy prawie wyleciały. On miał taką samą reakcje jak ja.


  • Panie Cormac, to są osoby o których Panu mówiłem – Kenway zwrócił się do niego nawet z szacunkiem.

  • O kolejna gnida – Connor pokręcił głową – Czyli nikt ciekawy do poznania.

  • Uważaj na słowa – Haytham znów wskoczył na swoją pozycje mistrza, rozkładał wszystko jak mu się podobało.

  • Dobry wieczór... - wydukałam patrząc się wciąż na mężczyzne – Sally Kenway... - należało się przedstawić mimo szalejącego serca w klatce, to wszystko musiało być ukartowane przez ojca! Na pewno tak było!

  • Shay Patrick Cormac – odpowiedział i zrobił krok do przodu aby chwycić i ucałować dłoń dziewczyny.

  • Connor – asasyn również wyjawił swoje imię, a po tym wrócił do nowego zajecia czyli ostrzenia swojej broni.


Będąc przy nim tak blisko... tak jak wtedy na targu... znów spojrzałam mu w oczy, nic się nie zmieniło. Było identycznie jak wcześniej. Teraz być może był bardziej spokojniejszy, ode mnie na pewno. Wymusiłam się o uśmiech na twarzy. Albo powiedział tatusiowi o zajściu albo on nic nie wie i ten cały Shay to jakiś jego przyjaciel. Każda opcja była bezsensowna i nie dała odpowiedzi na pytanie skąd mnie znał, czemu pomylił z dziewczyną... choć nie, nie mógł mnie znać skoro zostałam omylnie uznana za jakąś Hope. Znów się rodziło tyle pytań w głowie... jakbym nie miała własnych innych problemów na głowie... to naprawdę już zaczynało robić się chore... za wiele tego.

Shay jak zobaczył dziewczyne... ciężko było opisać jak się poczuł. Miał ją cały czas pod ręką, ale jego upartość nie pozwoliła aby poprosić kogoś pomoc w szukaniu kobiety. Wcześniej jakby zapytał to miałby już to z głowy. Na tego nędznego asasyna nie zwracał uwagi, nie musiał się na nim skupiać. Cała uwaga była skupiona na dziewczynie ze snu, to na sto procent była ona, teraz tylko się dowiedzieć kim jest dokładnie i czy ma jakieś zamiary względem niego.


  • Czy panienka pozwoli się zaprosić na spacer po mieście? - zapytał zaraz jak atmosfera przestała być tak napięta.

  • Eeeeee....

  • Panie Cormac – Haytham się wtrącił – Bierz ją bez pytania.

  • Wolałbym poczekać na odpowiedz – odrzekł – Tak więc? - i na nowo skupił się na kobiecie.

  • Tak... eee... mozemy iść – Sally wyczuła szanse aby się dowiedzieć czegoś więcej o nim.

  • Zapraszam – otworzył drzwi którego dopiero co zamknął i pokazał jej aby wyszła pierwsza.

  • Dziękuje – wydukała i wyszła, więcej pytań rodziło to zachowanie



Connor milczał dopóki nie wyszli. Zamrugał parę razy i pokręcił głową, za wiele się działo jak na jeden dzień. Siedział na tym swoim jeszcze wygodnym krześle pomimo spania na nim. Starszy Kenway położył się na łóżku. Rana już mu dawała popalić.


  • Przyszły mąż?

  • Broń boże – Haytham prawie krzyknął – Niech tylko spróbuje ją tak tknąć to pożałuje!

  • To czemu wyszli razem i na to pozwoliłeś? - nie rozumiał nic.

  • Bowiem będą mieli razem misje do wykonania i lepiej żeby się zapoznali za nim na nią wyruszą.

  • A co mają zrobić...? - Connor robił się bardziej podejrzliwy.

  • Ty też się dowiesz w swoim czasie. Każdy się dowie w swoim czasie – skończył tymi słowami cały temat.


Między nimi również już zapadłą cisza, taka sama jak na początku spaceru Sally i Shaya. Oni spacerowali przed siebie nie wydając żadnego słowa. Jedno na drugiego się patrzyło i na tym stanęło. Słońce chyliło się ku zachodowi, Cormac zatrzymał się aby spojrzeć na niebo. Dziewczyna również się zatrzymała obok. W znacznej odległości od siebie rzecz jasna.


  • Panie Cormac... - gdzieś ta jej pewność siebie uciekła, nie było w niej tej samej dziewczyny, która napadła na niego na targu. Znajomy ojca więc musiała nieco bardziej uważać na zachowanie aby nie stracić możliwości zrozumienia tego dlaczego nie zna matki i dlaczego on tak na nią reaguje. Wszystko było tak samo ważne.

  • Słucham? - odwrócił głowe w jej kierunku, na twarzy było widać jego zainteresowanie tematem.

  • Mam pytanie... - też się bardziej zbliżyła, zaczeła ciszej mówić i dla pewności czy na pewno usłyszy.

  • Proszę – Shay zdziwił się iż musi jej dawać zezwolenie na zadawanie pytań. Czyżby Kenway miał ciężką rekę do nich?

  • Dlaczego Pan się wtedy pomylił? - zapytała prosto z mostu.


Zapadła kolejna długa cisza... jedynie ptaki ją przerywały oraz odgłosy niekiedy ludzi z daleka. Ta chwila ciągnęła się w nieskończoność dla Sally.


  • Ponieważ wyglądasz jak Hope... kobieta którą kochałem i zabiłem w imię Zakonu...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Marzenie

I. Jeden telefon

Głupiec